Kronika Uniwersytetu

Rok 2020 i 2021

                                    Opisuje Grażyna Roguska

       04 marca 2021r. – minął rok od potwierdzenia pierwszego przypadku koronowirusa w Polsce. Oczywiście wiadomo było wcześniej o szerzącym się  wirusie covid-19 w Europie, dalekich Chinach i jeszcze dalszych Stanach Zjednoczonych. Ale dopóki nie stwierdzono faktu zachorowania w naszym kraju jeszcze nie dowierzaliśmy do końca, a wizja epidemii jawiła się jako niemożliwa, jakaś taka nierealna.

       Rok 2020 trwał w najlepsze. Członkowie Uniwersytetu korzystali z różnych imprez, brali udział w lektoratach języka angielskiego i hiszpańskiego, wyginali chętnie swe ciała na gimnastyce, chodzili na „kijki” i taplali się w głębinach wód basenu. Co tydzień był wygłaszany wykład z różnych dziedzin życia. Jeszcze niektórzy podrygiwali na wspomnienie balu karnawałowego i szykowali się do spożycia wielkanocnego jajka. Aż tu nagle, z dnia na dzień , życie naszej społeczności zamarło. Wszystkie zajęcia zostały odwołane jako niemożliwe do realizacji w lockdownie ogłoszonym przez rząd. Główna myśl „lockdownu” to było zamknięcie wszystkich ludzi w domach i nie komunikowanie się z innymi ludźmi. Wyjście z domu było uwarunkowane życiowymi koniecznościami  jak zakup żywności, leków, wizytą u lekarza czy badania zdrowotne. Zamarło życie w mieście, w kraju i na naszym Uniwersytecie. Wszyscy byliśmy w szoku, ale i nadziei, że nie będzie to trwać długo. Jednak z upływem czasu, owa nadzieja lekko zmalała i zrozumieliśmy , że pandemia to kwestia co najmniej 2-3 lat. Nie mniej nasz rząd złagodził obostrzenia pandemiczne i brać uniwersytecka zaczęła jeździć na jednodniowe wycieczki. Miłośnicy wojaży udali się najpierw do Konstancina-Jeziornej, skąd wrócili zadowoleni, wypoczęci i pełni wrażeń. Za niedługo ta sama /prawie/ grupa udała się do Ogrodu Botanicznego w Powsinie, gdzie koiła skołatane nerwy widokiem różaneczników, azalii, magnolii, różnych form kosodrzewiny i przede wszystkim boskimi różami. Była to uczta dla oczu i ducha, a dla ciała odbyło się pieczenie kiełbasek w „Zimnych Dołach” /dawna gajówka/.

Następna wycieczka to zwiedzanie Pruszkowa, Żyrardowa i Muzeum Lwowa i Kresów Płd.-Wsch. w Kuklówce Radziejowickiej. Toco widzieliśmy w tych kolejno wymienionych miejscowościach jest dokładnie opisane w „Sowie” nr 30 i nie widzę potrzeby dublowania. Pozwolę sobie tylko na pewne uzupełnienia.

         W drodze do celu naszej wycieczki przejeżdżaliśmy przez Brwinów. I oto nagle ukazał się nam w całej swej okazałości Wacław Kowalski /Pawlak z „Sami swoi”, który był mieszkańcem tych okolic. Wdzięczni sąsiedzi i mieszkańcy nazwali Jego  imieniem rondo , a także sponsorowali wymalowanie muralu przedstawiającego aktora. Stąd można było , szkoda, że tylko z okien autokaru, zobaczyć  sylwetkę Wacława Kowalskiego i poczuć to miłe połechtanie w sercu.

         Kuklówka Radziejowicka – znajduje się tutaj muzeum Lwowa i Kresów pod postacią odtworzonego dworu kresowego z 1827 r. Właścicielami są Aleksandra i Bogdan Biniszewscy. Dwór jest orientowany zgodnie ze stronami świata. Na zwiedzanie przeznaczony jest parter. Dworek jest wypełniony, ponad wszelką miarę, zabytkowymi przedmiotami użytkowymi i z różnych dziedzin sztuki a także pamiątek historycznych jak np. stara broń, sztandary pułkowe, fotografie i akcesoria wojskowe. Nie brak oryginalnych mebli, obrazów, porcelany i  współczesnych dzieł np. pieców kaflowych wykonanych w stylu pasującym do epoki. Zwiedzając to muzeum przechodzimy przez skrócony kurs historii polskiego dworu i ziemiaństwa. Zaskakujące jest to, że na pierwszym piętrze mieszkają państwo Biniszewscy, gdzie toczy się codzienne życie rodziny. Właściciele  są zakochani w swoim dworze i we wszystkich zgromadzonych w nim pamiątkach. Jest to bardzo widoczne i zarazem wzruszające. Studentki oglądające zbiory w muzeum były zachwycone i jednocześnie przerażone perspektywą sprzątania i utrzymania porządku i w czystości takiej ilości porcelany, szkła, sreber i innych drobiazgów. Pani kustosz opowiedziała jak  wyglądają prace porządkowe i to przeraziło zwiedzających. Okazuje  się, że jest to bardzo trudne przedsięwzięcie logistycznie i wymaga ogromu pracy kilku osób. Tym większe uznanie i podziękowania dla właścicieli dworku. Przed dworkiem-muzeum można było odpocząć na ławeczkach w parku, okalającym posiadłość. Nie brak też części gospodarczej ze stajniami, pastwiskami, kurnikami z drobiem przeróżnej maści i rodzajów ptactwa,  a także romantycznego zakątka dla zakochanych. Żal było wyjeżdżać.

      Nastała jesień i wrzesień pojawił  się niespodziewanie , a wraz z nim członkowie naszego Uniwersytetu zaczęli realizować program turystyczny „Mazowsze” i „Warka”. Tak jak w przypadku wcześniejszych wycieczek odsyłam do „Sowy”nr 30, gdzie dokładnie są opisane miejsca, które zobaczyliśmy i podziwialiśmy. Proponuję tylko kilka dopowiedzeń, według mnie istotnych dla naszej społeczności.

        Dobre – w tej miejscowości znajduje się Muzeum im. Konstantego Laszczki. Był to wybitny rzeźbiarz, malarz, grafik, ceramik i profesor, a także rektor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Prywatnie jest to dziadek naszej koleżanki z uniwersytetu Teresy Janoty. Twórca ten  stworzył liczne portrety wybitnych ludzi ze świata kultury ,sztuki, nauki i polityki. Również postacie historyczne  były modelami K.Laszczki. Wszystkie wymienione w „Sowie” przykłady dzieł tego wybitnego artysty są godne obejrzenia, ale mnie  { nie tylko mnie} najbardziej zachwyciła rzeźba w brązie pt. „Zasmucona”. Modelem była podobno miejscowa dziewczyna. Warto odwiedzić to muzeum, aby zapoznać się  z twórczością tego wybitnego  artysty i obejrzeć jego dzieła w oryginale.

         Patrykozy – w miejscowości tej znajduje się pałac, którego właścicielami są Maurycy Zając z żoną. Są Oni jednocześnie kustoszami i przewodnikami . Wszystkie informacje zawarte w „Sowie” nr 30 potwierdzam z przyjemnością. Chcę tylko opowiedzieć o niespodziance, jaką przygotował  właściciel, oprowadzający nas po pałacu. Otóż, na samym początku zwiedzania, właściciel pokazał „urządzenie-gramofon” czyli  podziurkowaną, metalową, okrągłą płytę, walec i położył łapę {tak jak w adapterze} na tej płycie. Popłynęły czyste, głośne , nasycone dźwięki sprzed lat. Staliśmy i słuchaliśmy jak oniemiali. Nie mogliśmy wyjść z podziwu słysząc melodię z XIX wieku w tak kryształowym brzmieniu. Gorąco polecam odwiedziny tego neogotyckiego pałacu. Brać uniwersytecka wyszła z pałacu uduchowiona pięknem tegoż pałacu, jego wyposażeniem, architekturą wnętrza, zgromadzonymi dziełami sztuki, wystrojem. Choć na chwilę udało nam się nie pamiętać o pandemii na świecie.

        Korczew – w dziejach pałacu zawiera się tragiczna historia tysiąca zabytków w Polsce. Począwszy od dewastacji wojennych poprzez celowe i świadome niszczenie w latach następnych, rozkradanie przez miejscową ludność wszystkiego co mogło się przydać. Duże wrażenie na nas zrobiła gablota z przedmiotami skradzionymi i po latach zwróconymi przez ludzi. Obecnie tj. od 1989 r. pałac odbudowywany jest przez spadkobierczynię p. Beatę Ostrowską-Harris i synów Aleksandra i Dominika. Robią Oni to z pasją i miłością od 30 lat mając nadzieją na przywrócenie stanu pałacu sprzed II wojny światowej. I jak można stwierdzić są na najlepszej drodze do osiągnięcia celu. Korczew działa na skołatane serce jak balsam udowadniając, że niemożliwe jest możliwe jeśli się tylko tego chce naprawdę.

         Mościbrody – ostatni punkt programu wycieczki to XIX wieczny zespół dworsko-parkowy składający się z dworu, obory i spichlerza. Po spacerze po parku i okolicach stawów rybnych udaliśmy się na obiad by pokrzepić nieco nasze ciała. Szkoda, że kuchnia zaserwowała nam schaboszczka  a nie dania regionalne np. bliny czy cepeliny. Ale cóż, zjadło się obiad  i udaliśmy się w drogę powrotną.

         Warka – odsyłam do opisu w „Sowie” nr 30. Pozwolę sobie tylko na uzupełnienie informacji o rzeźbie „Adam i Ewa”  ulokowanej w parku tuż przy pałacu. Z wielką przyjemnością odkryłam spacerując po parku, że autorem rzeźby jest Renata Komorniczak, moja licealna koleżanka. Odczułam coś na kształt dumy, że znam autorkę, że tyle o Niej wiem, że została artystką malarzem-rzeźbiarzem, choć  w szkole dała się zapamiętać jako osoba inteligenta, zdolna ale skromna i nieprzebojowa. Rozpiera mnie satysfakcja, że tyle udało się Jej osiągnąć. Renatko – szczere gratulacje.

          Mała Wieś – zachęcam do przeczytania opisu w „Sowie” nr 30, który uzupełnię tylko informacją o królewskim kamieniu. Otóż w parku znajduje się kamienna ławeczka. Są to płaskie kamienie ułożone na kształt ławki i oto na tej ławeczce  siadywał nie kto inny ale sam król Stanisław August Poniatowski bawiąc w rezydencji. Nie wiele myśląc usadowiłam się na ławeczce bo skoro król mógł to ja też. Przez moment poddałam się nastrojowi historycznej chwili, po czym wróciłam do rzeczywistości. Odtąd noszę w sobie przekonanie o swej wielkości równej królewskiej. Koniec żartów , ale było miło.

         Belsk Duży – zob. „Sowa” nr 30

         W związku z zaostrzeniem się pandemii trzeba było zrezygnować z realizacji pozostałych zaplanowanych wycieczek.

       W tym miejscu wróćmy do 18 czerwca 2020 r.  – w tym dniu miało miejsce zakończenie roku akademickiego 2019/2020. Uroczystość odbyła się w reżimie sanitarnym. Również w ten sam sposób odbyło się Walne Zebranie Członków , na którym ukonstytuowały się nowe władze naszej uczelni. Prezesem zarządu została Barbara Bednarska, a vice prezesami Elżbieta Chomicka i Maria Irena Jasińska. Skarbnikiem została Barbara Pazik-Zajer, a sekretarzem Elżbieta Madejska. Zostali powołani też nowi zastępcy członków zarządu Dorota Kowalówka i Dorota Pietrek. Zmieniono też skład komisji rewizyjnej.

        Podczas wakacji nowe władze wraz z chętnymi uczestnikami obmyślały strategię działania uniwersytetu w nowym roku akademickim w warunkach normalnych i pandemii. Wykonano dużą robotę w przestawieniu się na  pracę w systemie on- line.

         I oto  08 października 2020 r. miała miejsce inauguracja roku akademickiego 2020/2021.   Żacy otrzymali „Sowę” nr 30, a w niej ambitny plan działalności  /wówczas pandemia była jakby w odwrocie – co szybko okazało się złudzeniem/, który w dużej części został zniweczony przez covid-19. To co udało się przenieść do realizacji on-line zrobiono szybko. I tak ruszyły lektoraty języka angielskiego na 3 poziomach prowadzone przez panie: Magdalenę Giembicką , Agnieszkę Pusz i  Agnieszkę Wójcik-Czerniawską             a języka hiszpańskiego uczy też  p. Agnieszka Wójcik-Czerniawska. Z przykrością odnotowuję, że p.Maryla Ławrynowicz , długoletnia lektorka nie kontynuuje współpracy z WTUTW.  Z kopyta ruszyły też zajęcia z gimnastyki, prowadzone przez 2 panie: Beatę Pociask i Małgorzatę Niwińską  w systemie on- line. Ma to dobre i złe strony. Wadą jest zapewne brak bezpośredniego kontaktu koleżanek i kolegów, niemożność porozmawiania i rozluźnienie więzi społecznych.  Zaletą jest wygoda i możliwość ćwiczenia bez konieczności wychodzenia z domu w np. niesprzyjającą pogodę.  Uczestnicy zajęć łączą się z platformą 10 minut wcześniej i rozmawiają, wymieniają się informacjami, żartują i narzekają. Widać jak bardzo brakuje nam bezpośrednich kontaktów, jak bardzo spragnieni jesteśmy wzajemnego widoku naszych twarzy, bycia ze sobą, poszeptania na ucho,  posłuchania nowinek z życia i uśmiania się z dowcipu. Spotkania wirtualne przed zajęciami stanowią określoną wartość w czasach izolacji.  Życie zdalne to nie dla nas. Ale jakiś czas musimy  funkcjonować w ten sposób.

         Plany programowe w postaci tematycznych wykładów w siedzibie uniwersytetu jak i poza nim szybko zostały zweryfikowane przez pandemię. Okazało się, że nie ma innego sposobu jak tylko prowadzić wszelką działalność w trybie on-line.

         Dużym wzięciem cieszą się wykłady p. Beaty Artymowskiej – kustosza Zamku Królewskiego, z  którą odwiedzamy miasta Europy. I tak wspólnie zwiedziliśmy Padwę, Weronę i ostatnio Florencję. Wykłady ilustrowane są zdjęciami poszczególnych omawianych obiektów. Skoro nie możemy teraz pojechać osobiście do tych miast, pozostaje nam podróż  wirtualna pod kierownictwem znakomitej przewodniczki. Kiedyś  minie pandemia i będziemy swobodnie podróżować po świecie, wiedza zdobyta na wykładach ułatwi nam poruszanie się po zwiedzanych miejscach, miastach i zabytkach. Bo podobno tyle się widzi  ile się wie.

        W listopadzie  mogliśmy wysłuchać co ma w/w Pani do powiedzenia na temat Józefa Sigalina – wielkiego budowniczego Warszawy. Wydaje się, że postać tego budowniczego i architekta była większości naszym studentom nieznana. Była więc to okazja do poszerzenia wiedzy . To samo można powiedzieć o wykładzie kustosza Daniela Arytmowskiego na temat Słowian w ujęciu mitu i rzeczywistości.

          Z przykrością piszę, że w tym roku po raz pierwszy nie odbyło się spotkanie świąteczne / opłatek/ ani też bal karnawałowy. Druga fala pandemii zamknęła nas w domach i zostaliśmy zdani wyłącznie na korzystanie z imprezy zorganizowanych przez różne instytucje. Co gorsze, pojawiły się sygnały od naszych koleżanek o chorobie na covid-19.

         Balsamem  na nasze żakowskie smutne i pandemiczne dusze są niewątpliwie wykłady p.  Kamili Wieczorek , która umiejętnie łączy dwie pasje: miłość do muzyki i podróżowania. W lutym 2021 r. odbyliśmy wspólną podróż do  Wiednia – muzycznego salonu Europy. Prelegentka opowiadała ze swadą o najwybitniejszych kompozytorach  i wirtuozach muzyki poważnej, operowej, operetkowej i musicalowej. A wszystko to ilustrowane było fotografiami Wiednia i wzbogacone nagraniami omawianych utworów . Cała przyjemność po naszej stronie patrzeć na świat, którego już nie ma,  słuchać muzyki  i tańczyć w balowej sukni, choćby tylko w wyobraźni. Podróżowanie z p.  Kamilą Wieczorek , to wielka frajda i z tego co wiadomo, cieszy się wielkim powodzeniem w  naszej społeczności.

        W styczniu  2021 r. przyszło zaproszenie do obejrzenia sztuki Aleksandra Fredro pt. „ Damy i Huzary” . Główne role zagrali: Krystyna Janda i Andrzej Grabowski. Było to przeniesienie z teatru telewizji z 2015 r. Wspaniałe przedstawienie, do zaśmiania się do łez. Nie ma jak stary, poczciwy Fredro. 

        08 marca 2021 r. – Dzień kobiet.

Z okazji babskiego , święta, nieświęta /jak kto woli/ była możliwość wysłuchania koncertu transmitowanego z wytwornej sali balowej Zamku Królewskiego przez Mazowiecki Teatr Muzyczny im.  Jana Kiepury. Koncert prowadził doświadczony i perfekcyjny Robert Janowski, a śpiewali Igor Herbut /vocal/, Krystian Krzeszowiak /tenor/ i Piotr Lempa /bas/. Mogłyśmy, my kobitki, usłyszeć światowe standardy przeboje najpopularniejszych wykonawców m.in. „Besamo Mucho” C.Francois, ” My way” Velazqueza czy „Dobranoc” A. Kurylewicza. Koncert zakończyło wspólne wykonanie przez w/w solistów przeboju J. Kiepury: „Brunetki, blondynki”. Ach, dusza wyrywa się z piersi.

        Nasze władze uczelniane pomyślały też o zdrowiu swoich studentów i zorganizowały cykl wykładów i zajęć praktycznych dotyczących zdrowia psychicznego.  Zamknięci w domach, osamotnieni, przytłoczeni niedobrymi wiadomościami płynącymi zewsząd, przeżywamy różne niepokojące stany, począwszy od popsucia nastroju poprzez chandrę, apatię, załamanie a po depresję. Ciągły strach o zdrowie własne i bliskich buduje w naszych psychikach napięcia, z którymi   nie możemy sobie poradzić. Na pomoc ruszył nasz uniwersytet organizując 2 grupy warsztatów psychologicznych, które niebawem zaczną pracować poprze „Trening zmiany myślenia i kontrolowania nad zamartwianiem się”

        Wcześniej odbyły się inne wykłady z tej dziedziny:

1/ Co warto wiedzieć o stresie i stresie w pandemii?

2/ Poznaj niektóre sposoby radzenia sobie ze stresem

3/ Pułapka myśli – jak mimo pandemii zapanować nad rozmyślaniem i zachować pogodę ducha.

       Zajęcia z psychologii prowadzą 2 panie:  Ewa Drop i Izabela Cymer,       doświadczone psycholożki, które w przystępny sposób tłumaczą zawiłą materię psychologii i uczą nas właściwego postępowania tak abyśmy jak najdłużej cieszyły się zdrowiem i zachowały chęć do życia.

       Cały ten realizowany plan zajęć nie mógłby się zdarzyć gdyby nie p. Wojciech Madejski, członek naszej uniwersyteckiej społeczności, który z oddaniem lepszej sprawie, ogarnął problem przekazu informatycznego i dotarcia do jak największej liczby słuchaczy z nowoczesnymi technikami komunikowania się. To dzięki niemu wiele osób uzyskało dostęp do platform cyfrowych, nauczyło się korzystać z zooma, facebooka czy skypa i może teraz uczestniczyć w życiu wirtualnym naszej społeczności. Wielkie dzięki.

        Wielkie podziękowania należą się też zarządowi, który dwoi się troi aby znaleźć ciekawe propozycje prezentacji, wykładów czy to z dziedziny nauki, sztuki czy innych dziedzin życia i uzyskać zgodę na ich wykorzystanie. Wspominałam już o możliwości obejrzenia spektaklu „Damy i Husary”- Fredry. W  dniu 19 marca 2021 r. prezentowany była sztuka wystawiana przez teatr Młyn pt. „Niedzielne popołudnie”.  Niestety możliwość skorzystania z jakieś propozycji jest bardzo ograniczona czasowo i często studenci nie zdążą nawet dowiedzieć się o wydarzeniu. Stąd konieczność kilkakrotnego w ciągu dnia zaglądania do poczty mailowej o co apelujemy gorąco.

       Nie bez znaczenia jest działalność informacyjna prowadzona przez WTUTW. Otóż, jesteśmy informowani na bieżąco o wszelkich aktualnościach dotyczących naszego zdrowia i bezpieczeństwa np. dane o wolnych miejscach do zaszczepienia się przeciwko covid-19, punktach szczepień. Są też informacje odnośnie możliwości spędzenia wolnego czasu poza uniwersytetem np. Zamku Królewskiego, w którym w marcu 2021 r. można było zobaczyć zastawę stołową prezydenta Ignacego Mościckiego i obrazy wypożyczone z Muzeum Narodowego. Nie sposób jest wymieniać po kolei wszystkich imprez, wykładów i uroczystości, w których mamy możliwość uczestniczenia. Mogłoby się wydawać, że w trudnym okresie pandemii,  nic ciekawego nie dzieje się .   A jednak – dzieje się dzięki wysiłkowi wielu osób. Większość słuchaczy zaadaptowała się do nowej sytuacji i lepiej lub gorzej daje sobie radę z nową formą działania. Niestety są też tacy, którzy nie poradzili sobie, nie chcieli lub nie mogli i odeszli . Mamy nadzieję, że kiedyś powrócą.       

        18 marca 2021 rząd ogłosił kolejny lockdown w związku z 3 falą pandemii, która jak na razie wydaje się najgroźniejsza i tragiczna w ilości ofiar śmiertelnych. Wszelka działalność poza uniwersytetem zostaje wstrzymana. Pozostała nam tylko praca w systemie zdalnym.

        Część słuchaczy , jak informują, są już zaszczepieni po dwa razy. Inni dopiero będą szczepienie po raz pierwszy, ale do końca czerwca , wszyscy którzy będą chcieli otrzymają zastrzyk z ratunkiem na to całe zło.

         Zbliża się Wielkanoc, którą spędzimy w warunkach społecznej izolacji. Nie odbędzie się też tradycyjne jajeczko na naszej uczelni. Żal , ale trudno. Byleby skończyła się pandemia- wszystko warto temu poświęcić.

         Jeszcze w marcu miała miejsce podróż z p. Kamilą Wieczorek na Węgry. Ta przemiła przewodniczka oprowadziła nas po Budapeszcie, Egerze, Sentendre i Estergomie – najważniejszych miastach Węgier, pokazała charakterystyczne miasteczka z ich uliczkami, zakątkami i knajpkami. Najpierw był krótki zarys historii, a potem to już oczy mogliśmy napawać widokami , a uszy sycić muzyką węgierską.  Wykład zakończył przypomnieniem wkładu Węgrów w kulturę świata, Ich zasługi na polu filmowym i muzycznym oraz to , że twórcą kostki Rubika był właśnie Węgier.

        Niestety, źle się dzieje w państwie  duńskim i prawie w całej Europie. Trzecia fala pandemii przybiera zarówno w licznie zakażonych jak i śmierci. Rząd zaostrza restrykcje, które wydają się być spóźnione i nieprzemyślane. Cóż nasz  Uniwersytet działa wyłącznie w trybie on line, a wszelkie wyjścia osobiste do muzeów, pałacyków i na wystawy nie są znowu możliwe. Siedzimy w domach i w między czasie szczepimy się. Nasi studenci, jako ludzie świadomi, nie bojkotują szczepień i chętnie uczestniczą w akcji.

       A tu niespodzianka. Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru, który przypada na 27 marca  otrzymaliśmy wysyp propozycji do oglądania i słuchania. I tak każdy znajdzie coś dla siebie bo oferta jest naprawdę bogata. Miłośnicy opery mogli usłyszeć 10 najsłynniejszych arii w ramach spektaklu pt. „Operowym głosem” udostępnionym przez Teatr Wielki i Operę Narodową. Najpiękniejsze piosenki przedwojennej Warszawy można było usłyszeć w 50 minutowym przedstawieniu Studio Buffo pt. „Tyle miłości” i przy okazji posłuchać wspomnień Stefanii Grodzieńskiej. Wspaniała przygoda muzyczna dla miłośników dawnych szlagierów Warszawy, której już nie ma. Również propozycje teatralne były godne uwagi i obejrzenia. Było ich sporo, niestety czas z korzystania  z nich był od 48 godzin do 7 dni. Trzeba było się śpieszyć i wybierać bo wszystkiego nie dało się obejrzeć. Propozycje sztuk teatralnych przysłały teatry warszawskie i z innych miast polskich jak np. Radom, Lublin, Kraków, Olsztyn, Łódź, Kielce.

       Wielkanoc za nami i już od środy ruszyły zajęcia. Niestety sytuacja pandemiczna w kraju pogarsza się z dnia na dzień i nie widać szans na poprawę. A kondycja psychiczna Polaków jest coraz słabsza i widać wiele frustracji. Dlatego z przyjemnością wysłuchaliśmy wykładu pani Beaty Artymowskiej pt. „Drezno”. Lektorka przeprowadziła nas po dziejach miasta w kontekście wspólnej polsko-saksońskiej historii. Mogliśmy zobaczyć herb Polski i Litwy na tarczy herbowej króla Augusta II i III, eksponowanej w wielu miejscach słynnego Zwingera, a także na porcelanie, szkle użytkowym itp. Dzięki lektorce można było zobaczyć obraz Rafaela „Madonna Sykstyńska” w muzeum malarstwa czy też obrazy Canaletta, które umożliwiły później odbudowanie zburzonego w 1945 roku miasta. Widziałam ten obraz w oryginale i stwierdzam, że żadna fotografia nie oddaje w pełni piękna i kunsztu dzieła. Będąc w Dreźnie, nawet jak się nie jest koneserem malarstwa, obowiązkowo trzeba iść do galerii i zobaczyć obraz na własne oczy. To samo dotyczy galerii porcelany. Drezno to wyjątkowe miasto i należy pomyśleć o wycieczce.  Miłośników literatury i historii zaprasza muzeum poświęcone Ignacemu Kraszewskiemu i hrabinie Cosel. Na razie wycieczka do Drezna jest niemożliwa, dziękujemy więc za wirtualną podróż.

        Po raz pierwszy od istnienia naszego Uniwersytetu nie ukazała się „Sowa” co z przykrością odnotowuję, a robię to z kronikarskiego obowiązku.

        W kolejne podróże historyczno-krajoznawcze zabrał nas dr Olaf Kwapis, który z niebywałym entuzjazmem pokazał nam mniej znane rezydencje królewskie na Dolnym Śląsku: Kamieniec Ząbkowicki, Mysłakowice i Karpniki. Wspomniał też o Bukowcu, Henrykowie, Łomnicy, Wojanowie. Wykład okraszony został historycznym rzutem na dzieje współczesnej Europy, a zwłaszc za części należących do ówczesnego Królestwa  Prus / 1815-1866/. Usłyszeliśmy przy okazji historię kwadrygi na Bramie Brandenburskiej w Berlinie i odznaczenia: Krzyż żelazny. Ze wszystkich wymienionych rezydencji na czoło wysuwa się Kamieniec Ząbkowicki, którego projektantem był architekt Schinkler. Pałac wybudowano w stylu neogotyku, a jego właścicielem była Marianna Orańska wielce zasłużona dla Dolnego Śląska. Zasłynęła z dobroczynności i wielu przedsięwzięć dla rozwoju regionu. To na Jej cześć marmury z Sudetów i porcelana noszą nazwę : „biała marianna”. Rezydencja prezentuje wspaniałe wnętrza, meble , kominki i przepiękne witraże.  Pałac otacza zespół parkowo-leśny ze sztucznymi ruinami , romantycznymi zakątkami i oczkami wodnymi. Obiekt ten można zwiedzać w przeciwieństwie do pozostałych rezydencji, które obecnie znajdują się w rękach prywatnych właścicieli lub znajdują się w nich obiekty użytkowe jak np. szkoła i hotele.   Można oglądać je z zewnątrz i spacerować po okalających je parkach.

        Druga wycieczka z p. Olafem Kwapis odbyła się do Wenecji, tej dawnej historycznej i obecnej, tęskniącej do turystów. A jeszcze tak niedawno bano się, że Wenecja zostanie zadeptana przez ludzi.  Tytuł wykładu brzmiał: „Dobroczynność  i sztuka”. Wenecja, która zachwyca nas swoim pięknem, wyjątkowością i jedynym w swoim rodzaju klimatem, niegdyś pełniła rolę ważnego portu i punktu towarowego z Azji do Europy. To tu kończył się jedwabny szlak, to tu przywożono niewolników Słowian ze środkowej Europy. W czasach nam bliższych warto zwrócić uwagę na rolę Napoleona Bonaparte i niestety Legionów Polskich Henryka Dąbrowskiego w plądrowaniu i ograbianiu Wenecji. To tylko dowodzi, że historia nie jest biała i czarna, ale zawiera wiele szarości i my, Polacy też mamy co nie co za uszami. Decyzją cesarza Wenecja przeszła na własność Austrii aż do 1866 r. Potem została włączona do Królestwa Włoch. Po długim rysie historycznym prelegent zaprosił do zwiedzania nie tylko sztandarowych zabytków i dzieł architektury ale i nieznanych na ogół miejsc, zaułków, zapomnianych kafejek, tajemniczych zakątków. W tempie błyskawicy obejrzeliśmy obrazy słynnych malarzy, witraże i dzieła weneckiej architektury. A może by tak odwrotnie – krócej o historii     / zwłaszcza tej starożytnej/,  a więcej czasu przeznaczyć na współczesność?

          Druga połowa kwietnia 2021 r.– pandemia jakby nieco odpuszczała. Piszę to nieśmiało aby nie zapeszyć.

         W kwietniu mieliśmy okazję wysłuchać i obejrzeć wykład p. dr hab. Eweliny Hallman pt.” Związki bioaktywne w warzywach i owocach z upraw ekologicznych”. Prelegentka w sposób uczciwy naukowo przedstawiła zalety i wady upraw ekologicznych i konwencjonalnych.  Ostateczny wniosek z badań naukowych przemawia na korzyść ekologii, która optuje za uprawami bez syntetycznych nawozów i środków ochrony roślin oraz pestycydów. Ekologiczne warzywa i owoce zawierają więcej związków biologicznie czynnych i to je zaleca się do konsumpcji. A tak w szczególności jedzmy to co czerwone, pomarańczowe , żółte, fioletowe, granatowe i brązowe, małe czy duże bez znaczenia. Królową warzyw jest papryka i pomidor oraz czerwona cebula. Cieszy mnie to niezmiernie gdyż pomidory są moją miłością kulinarną od zawsze. Jestem za.

         Zostaliśmy też zaproszeni przez Muzeum Powstania Warszawskiego na 3 częściowy cykl wykładów o tematyce powstańczej. I tak 20 kwietnia 2021 r. wysłuchaliśmy prelekcji Roberta Markiewicza pt. „Choć na tygrysy mają Visy – broń w powstaniu warszawskim”, następnego dnia „Powstańcy w obozach jenieckich”, a trzeciego dnia zwiedziliśmy wirtualnie Muzeum. My, studenci naszego uniwersytetu, mamy wielki sentyment do Powstania Warszawskiego. Niezależnie od jego historycznej oceny, chwyta nas za nasze skołatane serca  wspomnienie zburzonego doszczętnie miasta i nieprzebranej ilości ofiar młodych , wspaniałych i dzielnych ludzi. Oby nie było powtórki z historii.

        Pandemia jakby nieśmiało cofała się. Odnotowujemy coraz mniejszą liczbę nowych zakażeń [już poniżej 10 tys. dziennie] . Niestety liczba zgonów na 100 tys. ludzi jest nadal wysoka i Polska zajmuje pierwsze, niechlubne miejsce w Europie. Zapadają decyzje o stopniowym luzowaniu obostrzeń antycovidowych. Jest też zapowiedź istotnych dla nas ulg od połowy maja.

        Kwiecień 2021 r. zakończyliśmy spotkaniem z prof. Krzysztofem Bochenkiem, który zastanawiał się wspólnie z nami skąd przybywamy, co robimy na tym padole, dokąd zmierzamy w wykładzie pt. „ Tożsamość człowieka w ponowoczesnej rzeczywistości”.  Był to wykład filozoficzny, a jak wiemy filozofia to trudna i niejednoznaczna dziedzina nauki. Według profesora, człowiek kiedyś był pielgrzymem świadomym, znał cel swojej wędrówki, miał jasne punkty oparcia i wyznaczniki. Teraz, nadal jesteśmy pielgrzymami, tyle że nieświadomymi celu, samotnymi, pozbawionymi trwałych, bazowych podstaw. Mamy za to uczucie wolności, ale jak się okazuje, pozornej wolności.  Przy tym przestajemy myśleć, a racjonalność zastępujemy emocjonalnością. Nie dajemy sobie rady z wszechpotężną techniką, informatyką i technologią, która  z jednej strony wzbogaca nasze możliwości, ale z drugiej przytłacza, zabija myślenie i czyni nas tylko konsumentami. Odwieczny dylemat filozoficzny: być czy mieć sprowadza się do tego, że coraz trudniej znaleźć równowagę między dobrem indywidualnym a wspólnym. Żyjemy coraz dłużej i czujemy się coraz bardziej niespełnieni. A więc kim jest współcześnie człowiek? Prawda, jak wiedzieli to już mędrcy starożytni, leży po środku. Człowiek ani nie jest bogiem ani nikim. Powinien żyć i grzeszyć zgodnie z naturą. To by było na tyle, gdyż opadłam z sił intelektualnych i przestałam już myśleć.

       Tegoroczny kwiecień był podobno najzimniejszym  od 25 lat, a i maj nie zapowiada się majowo. Ciągle pada i jest zimno. Nasze mieszkania wymagają dogrzewania. Za to ogródki i ogrody , balkony i tarasy wypełniły się długo kwitnącymi żonkilami ,tulipanami. Przyroda oddycha pełną piersią, jesteśmy w większości zaszczepieni, przynajmniej jedną dawką i znowu chce się żyć. Nasz ukochana uczelnia działa nadal w trybie on line.  I tak po nudnej, nieudanej pogodowo majówce, zostaliśmy zaproszeni do Wilanowa, skąd dwie panie Joanna Kacperczyk i Magdalena Żontar opowiedziały o „Miłości staropolskiej- – czyli wesoła opowieść o miłości, łzach, złamanych sercach .” Podtytuł wykładu brzmiał: „ Dole i niedole małżeństwa z XVII i XVIII wieku.” Więcej było, jak się okazuje, tej niedoli niż doli, co  nie powinno dziwić, skoro małżeństwo to był interes i inwestycja, dotycząca całych rodów. Uczucia młodych nie były brane pod uwagę. Najmniej do powiedzenia miały magnatki. Im było wyższe urodzenie tym mniej miały te osoby do powiedzenia w kwestii wyboru małżonka. Na ślubnym kobiercu stawały już czternastoletnie panienki, co dzisiaj wydaje się patologią. Ale kiedyś ….Potem w życiu, bywało różnie, ale przeważnie małżeństwo to była zamiana władzy ojcowskiej na mężowską.  Wolność kobiety odzyskiwały po śmierci męża, a ponieważ dziedziczyły majątek po zmarłym, nie śpieszyły się już do kolejnego mariażu. Wówczas małżeństwa trwały przeciętnie dziesięć lat i tej, której udało się to przetrzymać i owdowieć to  mogła odetchnąć z ulgą i żyć wolna. Prelegentki często powoływały się na małżeństwo Marysieńki i Jana Sobieskich, uchodzące za szczęśliwe i wyjątkowe. Tymczasem, przeżywało ono swoje wzloty i upadki, a para przebywając razem, nieustannie się kłóciła. Największe uczucie wybuchało, gdy król był nieobecny w pałacu, wówczas pisał piękne, legendarne, miłosne listy do swej połowicy. Ku mojemu zaskoczeniu, okazało się, że w tamtych czasach istniały rozwody, z czego nader często korzystano. By nie przedłużać,  opis swój kończę wnioskiem, że życie kobiet było nie do pozazdroszczenia wtedy a i dzisiaj nie należy do lekkich. Ale mimo wszystko, cieszmy się, że przyszło nam żyć tu i teraz, a nie w złotych klatkach szlacheckiej Rzeczypospolitej.

       Poprawia się sytuacja pandemiczna w Polsce. Jest coraz mniej zachorowań. Niestety zajmujemy niechlubne pierwsze miejsce w Europie w ilości zgonów covidovych. Polacy i Polki szczepią się 4 szczepionkami. Na tle innych krajów, akcja szczepień wypada u nas mało imponująco. W grupie wiekowej 61-69 zaszczepiła się zaledwie połowa.  Duży opór antyszczepionkowy panuje wśród młodzieży i młodszych dorosłych. Jednocześnie min. Dworczyk ogłasza znoszenie obostrzeń covidowych i tak od 15 maja nie musimy nosić na zewnątrz maseczek, otwierają się restauracje, kawiarnie i inne lokale gastronomiczne, dzieci poszły do szkół, wszyscy myślą o wakacjach i urlopach. Wraca normalne życie. Obyśmy tylko nie oszukali się, tak jak to było rok temu.

        Życie na naszym uniwersytecie toczy się spokojnie i aktywnie, ale i tu odczuwa się chęć wyjścia z zamknięcia i pojechania w siną dal, przed siebie, byle zmienić krajobraz przed oczami, wyrwania się ze szponów codzienności i marazmu covidowego. Na razie, musi nam wystarczyć podróż do  dawnej Rosji, w którą zabrał nas dr Henryk Grzyś w swoim wykładzie pt. „ Rosja jako cywilizacja”. Rosja od zawsze była organizmem wielokulturowym i religijnym, a Rosjanie, zdaniem prelegenta, czują się właśnie Rosjanami, a nie Europejczykami czy Azjatami. Krótki rys historyczny uświadomił nam, że Rosja przeszła od średniowiecza do  oświecenia, a zawdzięcza to carowi Piotrowi I, który rozpoczął proces europeizacji swojego kraju. Dzieło to kontynuowała caryca Katarzyna Wielka. Przechodząc do współczesności, prelegent podkreślił, że funkcjonują trzy mity o Rosji: bytowy , literatura piękna i polityczny.

Wymienione mity z powodzeniem funkcjonują w naszym spostrzeganiu tego kraju i jego mieszkańców. Czytamy Dostojewskiego, Tołstoja, Gogola czy Puszkina. Z podróży przywozimy matrioszki, serce rwie się do trojki, ale przerażeniem ogarnia nas despotyzm kolejnych władców i rządów, ich agresywna polityka zarówno wewnętrzna jak i na zewnątrz, dawniej i obecnie.  Rosja to skomplikowany organizm będący jednocześnie państwem i cywilizacją – stwierdził prelegent.  W każdym razie należy być czujnym wobec Rosji, ale to już jest tylko moja opinia.  

         20 maja 2021 r. – tego dnia przed monitorami naszych komputerów zebrali się studenci naszego uniwerku by wysłuchać wykładu p. Beaty Artymowskiej pt. „ Leonardo da Vinci – człowiek od wszystkiego”. I tak naszym oczom i uszom ukazał się wybitny człowiek Renesansu, który dokonał rzeczy wielkich w wielu dziedzinach. Był myślicielem, malarzem, rzeźbiarzem, teoretykiem sztuki, architektem, urbanistą, projektantem wojskowym, wynalazcą maszyn latających, anatomem ciała ludzkiego, słowem nie było dziedziny życia i sztuki  obcej, którą nie zajmowałby się. Jednocześnie, jak każdy geniusz był chimeryczny i jeśli czuł, że nie osiągnie ideału, zniechęcał się i porzucał zaczęte dzieło. Przykro było dowiedzieć się, że człowiek geniusz Renesansu nie ma obecnie grobu. Dzieje Jego pochówku są chichotem historii losu człowieka na tym ziemskim łez padole. Po śmierci został pochowany, zgodnie z jego wolą, we Francji w kolegiacie pw. Św. Florentyna  w Amboise. Niestety, kolegiata została wyburzona na początku XIX wieku, a groby , wśród nich i grób Leonarda, zostały zdewastowane, szczątki wymieszane i zakopane w zbiorowej mogile. W 1987 r. po badaniach szczątków, wyodrębniono czaszkę i kości Leonarda da Vinci i złożono je w kolejnym grobie w kaplicy św. Huberta. Jednak nie ma żadnej pewności co do autentyczności wyselekcjonowanych szczątków. Więcej jest wątpliwości niż pewności. I tak , geniusz, któremu zawdzięczamy tak wiele, nie doczekał się godnego grobowca. Wstyd  to jest wielki dla potomnych i chyba dlatego, nawet niektóre encyklopedie milczą na ten temat.

        A tymczasem, w rejs  pieszy wyruszyły, nasze dzielne miłośniczki spacerów z kijkami. Zorganizowały one leśne spotkanie, nad jeziorkiem, z gratisowym poczęstunkiem. W akcji uczestniczyły też osoby, które przyjechały autobusem. Pogoda dopisała, świeże powietrze też. W majowych okolicznościach przyrody, było to nader miłe spotkanie i możliwość zobaczenia się bezpośrednio. Widać, że było to ważne dla uczestników, zmęczonych już bardzo izolacją pandemiczną. Dla porządku kronikarskiego informuję, że organizatorką  imprezy była    Ela Chomicka.                              .

         27 maja 2021 r. – zainteresowane osoby mogły wziąć udział w czwartkowym spotkaniu z geriatrią, reumatologią i rehabilitacją – organizowanym przez Zakład Gerontologii, Zdrowia Publicznego i Dydaktyki.

         27 maja 2021 r. – przed monitory zaprosiła nas p. Anna Berkowicz, reprezentująca Muzeum Czartoryskich w Krakowie, która wygłosiła wykład pt. „ Dwie damy książąt Czartoryskich”. Rzecz dotyczyła Izabeli Czartoryskiej z Puław i Cecylii Gallerani uwiecznionej przez mistrza Leonarda da Vinci na obrazie jako dama z gronostajem. Obraz ten przywiózł do Puław syn Izabeli, który podzielał pasję matki do kolekcjonowania dzieł sztuki i organizowania pierwszego na ziemiach polskich muzeum. Dzieło  to jest najcenniejszym skarbem , którym możemy się szczycić na świecie, a którego losy są tyleż ciekawe co tragiczne. W największym skrócie , obraz był ukrywany przed Rosjanami, kilkakrotnie atakującymi Puławy. Szczęśliwie uniknął dewastacji, czego nie można powiedzieć o innych zbiorach księżnej. Potem został wywieziony do Sieniawy, skąd dla bezpieczeństwa pojechał do Paryża. Dopiero w 1876 r. powrócił do Krakowa do Muzeum Czartoryskich. W obliczu działań wojennych I wojny światowej, obraz ten wraz i dwoma innymi cennymi dziełami został przewieziony do Drezna.  Szczęśliwie,” dama” wróciła do Krakowa, ale w przeddzień II wojny światowej ponownie zostaje ukryta w Sieniawie. Tam znajdują ją naziści i wywożą do Niemiec. Na szczęście, urzędujący na Wawelu Hans Frank sprowadza obraz do Krakowa, którym cieszy swe oczy prawie do końca działań wojennych. Po czym wywozi dzieło  do swojej prywatnej wilii w Bawarii. „Dama z gronostajem” wróciła do Krakowa w 1946 roku. Inne dzieła sztuki, których wykaz znajduje się w katalogu na 500 stronach, nie miały takiego szczęścia. Można jeszcze długo pisać o samym obrazie, ale po co? Lepiej pojechać do Krakowa i zobaczyć na własne oczy.

       Tymczasem pomalutku, po cichutku odpuszcza pandemia. Coraz mniej zachorowań, coraz więcej szczepień. Niepokoi jednak duży opór niektórych ludzi niechcących się zaszczepić. Przez nich, prawdopodobnie nie uda się osiągnąć odporności zbiorowej.

        1 czerwca 2021 r.  – brać uniwersytecka w liczbie 38 sztuk ruszyła na pierwszą eskapadę, gdzie? , oczywiście do Powsina, aby podziwiać kwitnące rododendrony, magnolie, głogi w ogrodzie botanicznym. Pogoda okazała się łaskawa, co w tym roku jest szczególnie niepewne. Oczywiście wycieczka odbyła się  w rygorze sanitarnym. Preferowane były osoby dotychczas mało lub wcale nie uczestniczące w życiu uniwersytetu. Spacer po ogrodzie zakończył się ogniskiem w Żabieńcu, gdzie z apetytem zajadano się chlebem ze smalcem, kiszonymi ogórkami i pieczoną na ogniu kiełbaską. Musiało być nieźle skoro padła propozycja powtórki za tydzień. A potem była powtórka z rozrywki w liczbie 32 sztuk.

        W następnym/ świątecznym/ kto chciał mógł wysłuchać online wykładu  dr Katarzyny Błędek-Grzeszczak i dr Beaty Stecz-Niciuk o lekarzach na krańcu świata czyli o polskich misjach zagranicznych. Polscy medycy zasłużyli się szczególnie  w takich dziedzinach jak hydrauliczne protezy, stomatologia  i opieka nad kobietą w ciąży i noworodkiem.

        Nieuchronnie zbliża się koniec roku akademickiego, o czym przypominają kwitnące akacje i dzikie róże. Daje się zauważyć lekki spadek aktywności studentów, zwłaszcza, że pandemia daje wyraźnie odpocząć od siebie. Nie mniej, aby dbać nie tylko o ciało, ale i o umysł chętni mogą zapisać się na 9 odcinkowy cykl wykładów prowadzonych przez znane nam już panie Ewę Drop i Izabelę Cymer pt. „ Postaw na rozwój  – jak wykorzystać efektywnie czas pandemii”. 

        Przez kilka dni czerwca br.  był dostępny wykład dr Beaty Artymowskiej o Wenecji. To już trzeci wykład na temat tego miasta-państwa, jakiego mogliśmy wysłuchać. Widać to wyjątkowe miasto ma powodzenie zarówno u prelegentów jak i u słuchaczy. Tym razem, autorka wykładu zamieniła się w kustosza i oprowadziła słuchaczy po Wenecji pod kątem piękna jej architektury i dzieł sztuki. Było też nieco historii, ale tylko tytułem wprowadzenia. A potem to już wędrówka po 4 mostach, wzdłuż Canale Grande i placach weneckich. Zwiedziliśmy oczywiście bazylikę św. Marka {ewangelisty, chrześcijański patron miasta} zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz. Znajdują się w niej jego relikwie , które trudno uwierzyć, nie są  odwiedzane przez turystów. Mogliśmy przyjrzeć się bramie gotyckiej z 1438 r., podziwiać piękno sali w pałacu Dożów. Liczne pałace usytuowane przy najpiękniejszych placach przemawiały do wyobraźni i zapraszały do odwiedzin. Na placu św. Marka królują 2 kolumny przywiezione z Bizancjum z patronami miasta tj. św. Markiem i  św. Teodorykiem, który jest patronem bizantyjskim.  Można długo opisywać Wenecję, ale i tak trzeba ją zobaczyć na własne oczy. Ponadto Wenecja kojarzy się przede wszystkim z balem maskowym , ale też z festiwalem filmowym, biennale sztuki współczesnej.  Po takim wykładzie, zrozumiałam, że chociaż byłam w tym mieście to jakoby mnie tam wcale nie było. Składam wniosek w swoim i studentów imieniu, że do wykładu powinien być obowiązkowy załącznik w postaci wycieczki. To naprawdę miałoby sens. 

       18 czerwca 2021 r. – koniec roku akademickiego.

        Wakacje, i znowu są wakacje. Brać studencka ruszyła  w plener na wycieczkę, zwłaszcza że pandemia, choć przyczajona, daje odpocząć i zapomnieć się o sobie.  Dnia 23 czerwca grupa turystyczna w liczbie 29 sztuk pojechała do Kampinosu i Palmir. Pogoda jak drut, nastroje jeszcze lepsze, a i apetyty niczego sobie. Pan przewodnik Jacek Delert jest posiadaczem radiowego głosu i tymże głosem zasypywał nas informacjami począwszy od wyjazdu aż do samego końca wycieczki. Przejeżdżając przez Warszawę usłyszeliśmy historię wszystkich mostów, ważniejszych obiektów i trasy łączącej stolicę z Kampinosem i Palmirami stanowiące pierwszy punkt naszej eskapady. Puszcza Kampinowska jest ewenementem w świecie przyrody na skalę europejską, ukształtował ją lodowiec wyposażając w bagna, mokradła i wydmy piaszczyste. A później udało się 66 gatunkom drzew i krzewów wyrosnąć na tym polodowcowym gruncie i dotrwać  do dzisiaj. Gdy dojechaliśmy do Palmir oczom naszym ukazał się gmach muzeum ze ścianą podziurawioną kulami, co krzyczy wymownie cierpieniem ofiar masowych rozstrzeliwań. Za muzeum znajduje się Cmentarz Wojenny z prawie jednakowymi grobami , w których pochowano ofiary czystek hitlerowskich. Na końcu cmentarza widoczne są 3 krzyże, które symbolizują Golgotę. Cmentarz i muzeum działa na emocje i wyobraźnię odwiedzających nekropolię. Zmusza do zadumy , refleksji nad losem narodów i pojedynczego człowieka. By zmienić nieco nastrój przeszliśmy się Aleją Trzeciego Tysiąclecia obsadzoną 40 dębami. Nasadzeń dokonywały wybitne osobistości  z kręgów politycznych, kościelnych, naukowych i zasłużonych dla Polski, o czym informują tabliczki.  Spacer kontynuowaliśmy   ścieżką dydaktyczną: „Skrajem puszczy” i niebawem na naszej drodze stanął skansen budownictwa puszczańskiego w postaci trzech kompletnych zagród, składających się z domów mieszkalnych i budynków gospodarczych. Kolejny punkt wycieczki to Lipków – miejscowość usytuowana na południowym skraju puszczy. To tu znajduje się stary, klasycystyczny kościół {obecnie w remoncie} pw. św. Rocha. Tu też produkowano w czasach                   I Rzeczypospolitej pasy lipkowskie, które w niczym nie ustępowały pasom słuckim, a stanowiły one niezbędny element stroju szlacheckiego. Lipków, jak dowiedzieliśmy się od pana przewodnika, jest tym Lipkowem, w którym stoczyli pojedynek Bohun i Wołodyjowski . Sienkiewicz miał wiele wspólnego z tym miejscem – zainteresowanych odsyłam do źródeł faktograficznych. Ostatni punkt naszej eskapady to miejscowość Laski, słynące z ośrodka dla niewidomych. Ale to nie on był naszym celem. My, spacerkiem udaliśmy się na miejscowy cmentarz, który jest ewenementem w skali kraju . Ta niezbyt duża nekropolia rządzi się własnymi przepisami i regulaminem. Dopuszczone są tylko groby ziemne a zakazane są tzw. pomniki granitowe, lastrykowe itp. Przy grobach stoją prawie jednakowe krzyże z metalu, drewna lub kompozytu. Wszystkie groby obmurowane są ramą betonową lub obłożone kamieniami i obsadzone kwiatami i różnymi roślinami. Nie ma żadnych plastikowych wiązanek i ozdóbek. Nawet zniczy używa się w małych ilościach. Dzięki dużej  ilości begonii na mogiłach , innej roślinności cmentarz robi wrażenie  oazy spokoju, ciszy i błogostanu. Bije w oczy swą prostotą i pięknem. Aż chce się umrzeć. Wiem – to przesada.  Teraz rozumiem, naszego  pierwszego premiera Tadeusza Mazowieckiego, który życzył sobie być pochowanym właśnie na tym cmentarzu. Spoczywa wraz z żoną Ewą , a towarzyszy im brzozowy krzyż i  szum drzew z puszczy kampinowskiej. Skromność, jak wiadomo, jest oznaką wielkości i na tym zakończę bo popadnę w patos.   Aby posilić zgłodniałe ciało udaliśmy się na  teren zwany „Wydmy” i tam zasiedliśmy za długim stołem. Każdy mógł własnoręcznie upiec na żywym ogniu kiełbaskę, spożyć ją wraz z małosolnym ogórkiem, chlebkiem i innymi dodatkami. Znalazło się też imieninowe ciasto {wszak to imieniny Wandy} i domowe winko. Było też „Sto lat” i drobny prezent dla solenizantki. Żyć nie umierać.

Teraz proszę o powagę gdyż nasze stowarzyszenie musi odbyć Walne Zgromadzenie, co ma miejsce 25 czerwca 2021 r. Uczestniczy w nim 57 delegatów czyli 5 członków reprezentował 1 delegat. Jest to obowiązkowe zebranie udzielające absolutorium zarządowi za ubiegły rok działalności i powołujące nowe władze na następny rok. Składany jest raport z działalności finansowej i merytorycznej.  przyjemnością informuję, iż Walne Zgromadzenie jednogłośnie przyjęło i zatwierdziło sprawozdanie z działalności za rok akademicki 2020/2021. Bez większych zastrzeżeń konstytuowały się nowe władze w postaci:  prezes – Barbara Bednarska, I vice prezes – Elżbieta Madejska, II vice prezes – Elżbieta Chomicka, skarbnik – Barbara Pazik-Zajer, sekretarz – Helena Józefacka . Zastępcami członków zarządu zostały panie : Zofia Grajwoda, Dorota Kowalówka, Dorota Pietrek oraz dwie nowe : Ewa Marczak i Irena Strzała.                                                                                                                                                  Skład Komisji  Rewizyjnej nie uległ zmianie w porównaniu z rokiem ubiegłym i przedstawia się następująco: przewodniczący – Urszula Mastej, v-ce Stefan Kacprzyk i członek – Stanisław Gałązka.                                                         

Walne Zgromadzenie podjęło uchwałę nadania tytułu honorowego członka naszego uniwersytetu pani  Marii Irenie Jasińskiej, w podziękowaniu za wieloletnie zaangażowanie w organizowanie wycieczek i imprez turystycznych. To dzięki Niej mogliśmy dotrzeć do miejsc, do których nigdy byśmy nie trafili, a nawet nie przyszłoby nam do głowy , że warto tam pojechać i zobaczyć te cuda i cudeńka . Trzeba mieć talent do wyszukiwania owych ciekawostek. Oczywiście były kwiaty, podziękowania i dyplom. A Irenka , bo tak była powszechnie nazywana, w tym szumie  wokół Niej wydawała się być speszona, zaskoczona i ździebko zmęczona. Dzięki Irenko, jeszcze raz wielkie dzięki.    

  A teraz to już naprawdę wakacje. I wycieczki, wycieczki. Znowu będą wycieczki.

       I oto pierwsza lipcowa wycieczka odbyła się 13 dnia miesiąca, z udziałem 34 uczestników, pod przewodnictwem turystycznym Jackiem Delertem. Celem wyprawy było odwiedzenie miejsc związanych z wojną polsko-bolszewicką z 1920 roku. Aby dotrzeć do pól bitewnych przejeżdżaliśmy przez Pragę, gdzie zatrzymaliśmy się przed kościołem pw. Zmartwychwstania Pańskiego wybudowanym przez kolejarzy jako wotum dziękczynne za odzyskanie niepodległości w 1918 roku. Najdziwniejsze jest to, że świątynia to wybudowana została w stylu góralskim. Wprawdzie dach nie jest kryty gontem lecz dachówką, ale pozostałe cechy stylu są wyraźnie zauważalne. Natomiast dzwonnica przypomina kształtem parowóz, co zapewne ma kojarzyć się z fundatorami. Jadąc przez Zacisze przejeżdżaliśmy przez nowo budowane osiedle nazwane „Wilno”, na tzw. Elsnerowie. Osiedle to jest przykładem zmiany podejścia do budownictwa mieszkaniowego i zastosowania nowoczesnych rozwiązań. Dalsza droga wiodła szacowną wycieczkę przez Marki. Obecnie jest to 20 tysięczne miasto, w którym do 1970 roku jeździła kolej wąskotorowa. Jako dziecko korzystałam z usług tego środka transportu udając się do rodziny mieszkającej w tym mieście. Pamiętam, że była to wyprawa prawie na koniec świata. Szczególnie moja mama przeżywała tę podróż, a bała się i wsiąść do kolejki i jechać i wysiąść z niej. Z okien autokaru mogliśmy rzucić okiem na neogotycki kościół z 1909 roku i parowóz stojący opodal, będący symbolem i pamiątką minionych czasów. I tak dotarliśmy do Radzymina, gdzie udaliśmy się na Cmentarz Wojskowy, na którym pochowani są obrońcy z 1920 roku i żołnierze z 1939 roku. Mogiły żołnierskie, niestety wydają się być niezadbane, co kontrastuje z polityką przywracania pamięci o tamtych wydarzeniach. Groby zbiorowe porośnięte są trawą i chwastami, Widać brak troski i dbałości o nie. Przy zbiorowej mogile modlił się onegdaj Papież Jan Paweł II , co zostało uwiecznione w postaci postumentu i jest to bardzo udany pod względem plastycznym pomnik. Widać, że robił to artysta z prawdziwego zdarzenia. Przy okazji zobaczyliśmy też grób lubianego przez wszystkich, niezapomnianego aktora Wojciecha Pokory.

Kobyłka – to następny punkt programu. Celem naszym było zobaczenie późnobarokowej bazyliki [ z nadania papieża Benedykta XVI ]  pod wezwaniem św.  Trójcy.  Musieliśmy czekać pod kościołem, gdyż wewnątrz odbywała się msza pogrzebowa, a tu rozpętała się burza i zaczęło nieźle padać, a my pod tym kościołem skuleni pod parasolami słuchaliśmy gawędy księdza o świątyni, o rodzie Załuskich, o życiu i historii świata.  Mnie wpadły w oko guziki przy sutannie księdza.  Trzech brakowało, kilka było z różnych parafii, ale były też te właściwe w liczbie 12 [wiem bo policzyłam]. Po zakończeniu ceremonii pogrzebowej  udaliśmy się do środka bazyliki i zobaczyliśmy perłę polskiego baroku na własne oczy. Rzeczywiście, bazylika robi wrażenie zarówno wielkością, rozmachem, wystrojem i przepychem. Na  szczególną uwagę zasługują wszechobecne freski, które stanowią najcenniejszą wartość zabytkową tego obiektu. Sympatyczny ksiądz kontynuował swoją gawędę o wszystkim i o niczym, czym nas nieco zmęczył i chętnie udaliśmy się w dalszą podróż do Ossowa. Ale jeszcze wstąpiliśmy na cmentarz wojskowy, gdzie pochowani są żołnierze polegli w 1920 i 1939 roku. Wysłuchaliśmy historii nekropoli, obejrzeliśmy kaplicę i przy okazji grób lubianego aktora Jerzego Turka. Ostatni punkt naszego programu to Ossów. To właśnie tu rozegrały się główne walki i to tu nastąpiło przerwanie frontu wojny, a  Rosjanie zostali zmuszeni do odwrotu i ucieczki w popłochu. Wieść o zwycięstwie pod Ossowem rozeszła się po Polsce lotem błyskawicy i wpłynęła budująco na morale żołnierzy na innych frontach wojny. Bohaterem tych walk był niewątpliwie ks.mjr Ignacy Skorupka, kapelan 236 pułku Legii Akademickiej, który zginął podczas ataku na wroga. Jego legenda przeszła do historii i nie dociekajmy ile w niej prawdy. Liczy się Jego oddanie sprawie, miłość do ojczyzny i poświęcenie. Tu, w Osowie obejrzeliśmy film z archiwalnymi ujęciami, uzupełniony aktualnymi komentarzami historyków na temat wojny polsko-bolszewickiej. W ten sposób przerobiliśmy przyśpieszony kurs polskiej historii i nastrojeni patriotycznie udaliśmy się na kolejny cmentarz wojskowy. Tym razem nekropolia okazała się być zadbana i utrzymana zgodnie z jej znaczeniem. Znajduje się tutaj 8 mogił zbiorowych i 1 pojedyncza. Obok cmentarza znajduje się Kaplica Matki Boskiej Zwycięskiej z 1928 roku. Wewnątrz zobaczymy kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej i obrazu Jerzego Kossaka „Cud nad Wisłą”. Nieopodal, w pobliskim parku-lasku posadzono 96 dębów na pamiątkę ofiar katastrofy lotniczej w Smoleńsku.                 Po krótkim spacerze po polach , przejęci wielkością sprawy przypomnieliśmy sobie, że jesteśmy już nieco zmęczeni i głodni. Toteż dziarskim krokiem przeszliśmy na punkt biwakowy, gdzie spożyliśmy tradycyjnie opiekaną na ogniu kiełbaskę, z kiszonym ogórkiem i świeżym pomidorkiem, a całe to menu popiliśmy wodą i nie tylko, ale to dotyczy tylko niektórych. A potem to już tylko powrót do Warszawy i planowanie następnej wycieczki.

       A następna wyprawa to objazd po współczesnej Warszawie 18 lipca 2021 r. Wzięło w niej udział 29 osób. Zwiedzanie zaczęliśmy od obejrzenia częściowo zrekonstruowanego grodu obronnego  na Bródnie. Okazuje się, że to nie Wars i Sawa założyli nasze miasto ale nasi przodkowie wybudowali najstarszą osadę już w IX i X wieku. Był to dwuczęściowy gród bez fosy, otoczony wałem ziemno-drewnianym. Dzięki archeologom możemy przenieść się w  daleką przeszłość i zobaczyć początki naszego miasta. A potem to przejazd przez Białołękę – czyli nowe osiedle charakteryzujące się zróżnicowaną zabudową, niezbyt wysoką, najwyżej dwupiętrową, różnokolorową, wypełnioną zielenią balkonową, dachową i ziemną. Mnóstwo drzew, krzewów i kwiatów, pnączy i fontann daje wrażenie lekkości, relaksu i wszechobecnego kontaktu z przyrodą. Wydaje się, że architekci pokonali wszechobecną na innych osiedlach monotonię, a jednocześnie zadbali o infrastrukturę. Tylko tam mieszkać, ale ja i tak wolę mój domek w Wawrze. Następnie mostem Północnym studenci udali się na Młociny, gdzie przy ulicy Kasprowicza mogli obejrzeć Artystyczne Osiedle. Tak jak i osiedle na Białołęce tak i to nie jest architektonicznie monotonne. A dlaczego artystyczne ? Otóż ulice, skwerki, place zostały nazwane imionami i nazwiskami różnych artystów polskich i niepolskich, dawnych i współczesnych. Następnie brać studencka mogła podziwiać Maszt Wolności czyli najwyższy w Polsce maszt flagowy liczący 63 metry wysokości. Znajduje się on na trawniku wewnątrz ronda Zgrupowania AK „Radosław” od 2014 roku i dumnie prezentuje naszą biało-czerwoną. Dalsza droga wiodła niestrudzonych żaków ulicą Okopową, wzdłuż  cmentarza żydowskiego do Placu Europy, naprzeciwko Muzeum Powstania Warszawskiego. Co ciekawe Plac ten właściwie nie jest tradycyjnym placem ale wolną przestrzenią między budynkami. Ostatnim punktem programu był przejazd do miasteczka Wilanów. Tu znajdziemy przykład połączenia starego z nowym.  Z jednej strony pałac z XVII wielu, z drugiej Świątynia Opatrzności Bożej. A wokół rozciąga się usystematyzowana, niska, bo najwyżej kilku piętrowa zabudowa nowoczesnych domów. Główna ulica porządkująca osiedle nosi nazwę Rzeczypospolitej i to od niej  odchodzą prostopadle ulice i uliczki, których nazwy nawiązują do historii. W oczy rzuca się duża ilość zieleni na balkonach, logiach i rosnącej na ziemi. Z przyjemnością obejrzeliśmy tę część Warszawy, ale już nieco zmęczeni chętnie udaliśmy się w drogę powrotną do naszego ukochanego Wawra.

       Tak na marginesie, panują straszne upały, temperatura stale osiąga ponad 30 stopni C i jest wilgotno. Ziemia płonie od gorąca, a pandemia, która odpuściła zbiera szyki w postaci wariantu Delta stoi u naszych bram tuż, tuż.

28  lipca 2021 r. 34 słuchaczy naszego uniwersytetu ruszyła na kolejną wycieczkę , tym razem po warszawskiej starej Pradze. Spacer rozpoczęliśmy od słynnych i do dziś budzących grozę Szmulek [Szmulowizny]. Sama nazwa ma w sobie coś odpychającego, a tymczasem pochodzi od nazwiska słynnego właściciela tych terenów będącego jednocześnie bankierem króla Stanisława Poniatowskiego.  W tamtych czasach teren ten rozwijał się prężnie, powstawały liczne kamienice, fabryki i fabryczki, sklepy i sklepiczki, różne obiekty użyteczności publicznej. Pierwszym obiektem, który stanął nam na drodze to „Koneser” z 1886  roku czyli wytwórnia wódek. Obecnie jest to obiekt znany pod nazwą „Plac Konesera”. Właściwie jest to miejsce, gdzie stare, zabytkowe łączy się z nowym, modernistycznym sposobem adaptacji i dostosowaniem do nowych wyzwań. Widać dawne fabryczne budynki w nowej aranżacji. Dominuje piękna czerwona, czerwono-brązowa cegła klinkierowa, stare ogromne beczki, w których mieszczą się  stoliki i ławeczki dla konsumentów . Są tu liczne sklepy, trochę biur, muzeum polskiej wódki i inne galerie, a także pracownie licznych artystów plastyków, wśród których Praga stała się modna i popularna. Ale nas zachwycił ogromny komin fabryczny, pozostawiony na pamiątkę minionych czasów. Pierwszy raz można było zobaczyć komin z wysokości człowieka. Wyrasta on z ziemi, pyszni się czerwoną klinkierówką, metalowymi obręczami i pięknym, precyzyjnym wykonaniem. Szał dla oczu. To dopiero jest dzieło sztuki. Udaliśmy się  dalszą drogę ulicą Kawęczyńską . Mijaliśmy kamienice i dawne fabryki . Niektóre z nich są dobrze utrzymane i zostały zrewitalizowane, ale większość czeka na kolejną szansę i na razie są świadectwem czasu i historii. Idąc w kierunku zajezdni tramwajowej minęliśmy narożną figurę Matki Bożej z Dzieciątkiem Jezus z 1908 roku. Figura ta, według słów przewodnika pana Jacka Delerta , odgrywała ważną rolę w życiu okolicznej społeczności, co i dziś jest widoczne, gdyż figura jest zadbana, otoczona kwiatami i ozdobami. I tak doszliśmy do zajezdni tramwajowej, która zaskoczyła swym pięknem. Tak, tak – pięknem. Nie myślałam, że zajezdnię można określić tym przymiotnikiem. A jednak. Ale aby to zrozumieć trzeba zobaczyć na własne oczy. Została wybudowana w latach 1922-25. Obok budynków biurowo-przemysłowych stoi piękna , z dwoma gryfami na elewacji,  świetnie utrzymana kamienica dla pracowników firmy Polskie Tramwaje. To stąd wyjeżdżał w latach 1949-58 tramwaj żłobek, w którym były przewożone, pod opieką pielęgniarek, dzieci pracowników jadących do swoich miejsc pracy. Ot, taka ciekawostka. W dalszej marszrucie minęliśmy ostatni, piętrowy, drewniany budynek na Pradze. Jest to tzw. „Drewniak Burkego” z 1901 roku. Obecnie jest wpisany na listę zabytków  i zabezpieczony czeka na swoją szansę. Na drugie życie czeka też willa z 1903 roku [Kawęczyńska 39] , której właścicielem był pisarz, działacz Aleksander Świętochowski a potem Feliks Świętochowski. Oczywiście, jest to zabytek, w kiepskim stanie i jeśli szybko nie zostanie zrewitalizowany to zakończy swój żywot. Byłoby szkoda bo jest to perełka architektoniczna. Patrząc na willę wyczuwa się specyficzny klimat lat 20 i 30 tych międzywojnia. I tak oto doszliśmy do Bazyliki Serca Jezusowego przy ulicy Kawęczyńskiej.  Została ona wybudowana w latach 1907-1923, a fundatorami byli Maria i Michał Radziwiłłowie, którzy byli filantropami, ludźmi dobrego serca. Nie mając własnych dzieci zajmowali się pracą społeczną na rzecz potrzebujących, trudnej młodzieży i wszystkich nie radzących sobie w życiu. Maria Radziwiłł zasłynęła z ascetycznego życia i wyrzeczenia się przywilejów oraz korzyści wynikających z jej pozycji społecznej i majątkowej. Mieszkała w zwykłej kamienicy przy ul. Brzeskiej 3, nie wywyższała się, żyła skromnie, bogobojnie, nie jadała mięsa i nie pozwalała palić w piecach aby zimą ogrzać mieszkanie. Ale to właśnie Ona sprowadziła z Rzymu 24 granitowe kolumny przewożąc je przez linię 2 frontów I wojny światowej specjalnym pociągiem. Kolumny te wypełniają wnętrze świątyni, ustawione są w 2 rzędach i oddzielają nawy boczne. Są tak piękne same w sobie, że nie potrzeba już więcej ozdób i oślepiającego złota. Sprawiają, że ma się wrażenie  przeniesienia do starożytności. Nic dziwnego, że papież Pius XI po obejrzeniu świątyni stwierdził, że jest najpiękniejszy kościół w Polsce. Zgodnie z życzeniem fundatorki kościół stał się własnością Salezjanów, którzy od 1931 roku  kontynuują pracę z trudną młodzieżą i inną działalność na rzecz społeczności lokalnej. Od 1965 roku świątynia wpisana jest do rejestru zabytków.

 Następny punkt naszej wycieczki to „Fabryka Trzciny”. Wbrew nazwie, w fabryce tej nie produkowano wyrobów z trzciny, ale marmoladę, konserwy, a nawet wyroby z gumy np. pepegi. Po ich zamknięciu teren ten wraz z budynkami fabrycznymi kupił kompozytor Wojciech Trzciński {autor piosenek: Kawiarenki czy Wyszłam za mąż zaraz wracam} . Nazwa więc pochodzi od nazwiska nowego właściciela a nie wyrobów z trzciny [ o ile takie w ogóle są]. Obecnie miejsce to centrum rozrywkowo-kulturalne. Wszystkie obiekty zostały wkomponowane w stare pofabryczne hale produkcyjne i biurowe.  Zachowało się dawne wyposażenie, system korków elektrycznych i piękny, brzuchaty piec do produkcji pary. Ten piec to cacuszko, warto było go obejrzeć i choć na moment przenieść się w miniony czas.  Na pewno można tu spędzić miło czas i przy okazji coś ciekawego zobaczyć. Trochę już zmęczeni wróciliśmy do autokaru i pojechaliśmy do Muzeum Pragi. Ale jeszcze, z okien autobusu, zobaczyliśmy budynek tzw.  Drucianki [fabryka wyrobów metalowych] , dworzec  Wschodni i najdłuższy bo liczący pół kilometra blok mieszkalny. Dotarliśmy do Muzeum Pragi gdzie przy wielkiej makiecie wysłuchaliśmy historii Pragi i obejrzeliśmy zdjęcia zgodnie z osią czasu.  Niektórzy byli już zmęczeni,  wszak upał dawał się we znaki, wykorzystali więc czas by odpocząć na podwórzu, gdzie można było wypić kawę ale też podziwiać ”Babę z flakami”. Następnie udaliśmy się spacerkiem do cerkwi prawosławnej. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze zrewitalizowaną kamienicę pod sowami na rogu ul. Jagiellońskiej i Okrzei. Jest to niewątpliwie najpiękniejsza kamienica na Pradze. Nieopodal przygrywa jej kapela z Pragi – rzeźba autorstwa Andrzeja Renesa składająca się z 5 muzykantów zrobionych z mosiądzu. Jest to pomnik Praskiej Kapeli Podwórkowej . Idąc dalej mijamy dawne budynki pożydowskie obecnie odnowione. Dzięki temu można dostrzec ich styl, formę i piękno dekoru. Przykładem niech będzie obiekt, w którym znajduje się teatr „Baj”, a dawniej był to ośrodek wychowania młodzieży. Mijamy też liceum im. Władysława IV będące perełką architektoniczną nie tylko na Pradze ale i w Warszawie. I oto jesteśmy wewnątrz katedry metropolitalnej św. Marii Magdaleny równej apostołom. Została wzniesiona w1869 roku, w stylu bizantyjskim. Niegdyś miała 5 kopuł, teraz już tylko 3.  Ciekawostka : kształt kopuł przypomina płomień  świecy i jest symbolem wiary.  Przewodnik cerkiewny zapoznał nas po krótce z historią prawosławia i zasadami wiary. Dokonywał porównań dogmatów i sakramentów występujących w kościołach katolickim i prawosławnym. Również organizacja obu świątyń rządzi się swoimi zasadami i wymogami religijnymi. Opuszczaliśmy świątynię będąc pod wrażeniem jej piękna, przepychu i ogromnej ilości złota, którego ja osobiście nie lubię, ale tutaj jest ono na właściwym miejscu.

U zbiegu ulic Jagiellońskiej i Al. Solidarności , w mało widocznym miejscu, stoi metalowy krzyż poświęcony ofiarom rzezi Pragi z 1794 roku dokonanej przez żołdaków gen. Suworowa. Początkowo był to krzyż drewniany. W  latach dwudziestych XX wieku zastąpiono go żelaznym. Przetrwał II wojnę. Są na nim widoczne 3 ślady po kulach –  jest to obecnie pamiątka z wojny. Przetrwał też okres Polski Ludowej aby teraz, już bez skrępowania mógł dawać świadectwo tragicznych losów mieszkańców Pragi, którzy zginęli bo byli Polakami.

Ostatni punkt wycieczki to kościół św. Floriana Męczennika i św. Michała Archanioła, wybudowany w latach 1888-1904 ze składek mieszkańców Pragi i nie tylko oraz dzięki dotacji cara. Świątynia jest 3 nawowa z transeptem . Wewnątrz urządzona w stylu neogotyckim, ale tzw. układ przestrzenny to styl gotyk mazowiecki. Głównym projektantem był Józef Pius Dziekoński, który uznał ten kościół za największe swoje artystyczne osiągnięcie. We wrześniu 1944 roku Niemcy wysadzili świątynię. Ocalały tylko 2 rzeźby przedstawiające patronów i obecnie znajdują się one na bocznych ścianach kościoła. Po wojnie zaczęto odbudowywać kościół, dzieło to zostało zakończone w 1972 roku. Obecny stan różni się od pierwotnego wysokością wież. Zmniejszono je z powodu pękania ścian i zagrożenia zawaleniem się. Zastosowano też system przypór wzmacniających konstrukcję budowli. Wieże są dostatecznie wysokie i jednocześnie nie grozi im katastrofa budowlana. Wnętrze bazyliki jest bardzo skromne, a główną ozdobą są witraże i piękne, wyniosłe kolumny łączące się krzyżowo na sklepieniu. Brak  mi słów na opisanie moich odczuć i wrażeń z przebywania w takim miejscu, kończę więc aby nie popaść w banał. Pa, pa.

Z przyjemnością informuję, że pani Beata Pociask – instruktorka gimnastyki, zmieniła stan cywilny. Ślub odbył się 31 lipca 2021 r. w kościele na Gocławiu. Bardzo się cieszymy i życzymy zgodnie wszystkiego naj, naj na nowej drodze życia.  Teraz nasza Beatka nazywa się Bartnik. Ach, co to był za ślub, a panna młoda palce lizać.

        Dnia 10 sierpnia niestrudzona grupa 45 żaków uniwersyteckich ruszyła  na kolejną wyprawę aż do …. Otwocka i Karczewa.       Pogoda była odpowiednia na taką eskapadę. Toteż z dobrymi humorami wsiedliśmy do autokaru i dalej przed siebie. Pierwszy punkt programu to Pensjonat Gurewicza, w którym obecnie mieści się prywatna klinika ortopedyczna . Obiekt powala na kolana swym pięknem . Jest to  bodajże największy w Europie budynek drewniany. Styl architektoniczny to świdermajer, a więc mnóstwo  w nim werandek, wieżyczek, balkoników i zdobień snycerskich. Na balkonach rzędy różowych kwiatów, które  idealnie współgrają z jasną szarością obiektu. Całość otoczona jest zielenią i licznymi sosnami, nadającymi specyficzny charakter Otwockowi i okolic. Mogliśmy, dzięki uprzejmości personelu, zajrzeć do sali recepcyjnej urządzonej w stylu art-deco gdyż taki styl był modny, kiedy wybudowano ten budynek, a był to 1906 rok.

Następnie , wolnym krokiem udaliśmy się do Ratusza czyli Magistratu Miasta Otwocka, gdzie obecnie urzęduje prezydent. Obiekt z 1921 roku zaprojektował J. Mokrzycki, a obecnie jest już ciekawym zabytkiem architektury. Nieopodal ratusza ulokowany został teatr „Oaza” im. Stefana Jaracza, który był jego opiekunem i współpracownikiem. Budynek powstał w 1935 roku. Wybudowało go rodzeństwo Motel, Wolf, Rajzla i Chana, którzy zginęli w Treblince. Po wojnie dawny teatr zamieniono w kino i teatr w jednym. Z ciekawostek to na deskach tego teatru debiutował znany i ceniony aktor Ignacy Gogolewski. Nasza przewodniczka pani Justyna Górkiewicz zaskoczyła wszystkich obecnych wygłoszeniem na scenie monologu I.K. Gałczyńskiego pt. „Inge Bartsch”, co zrobiła z dużym talentem i wdziękiem aktorskim. Publika siedziała oniemiała z wrażenia. Taka fajna przewodniczka nam się trafiła. To była największa i najmilsza niespodzianka tego dnia. Kolejny punkt programu to dworzec kolejowy  Otwocku. Idąc w jego kierunku minęliśmy figurę Jezusa niosącego krzyż. Rzeźbę zaprojektował  Łukasz Wolski w 1920 roku. Przypomina ona do złudzenia tę rzeźbę Chrystusa sprzed kościoła św. Krzyża w Warszawie. I tak doszliśmy do wspomnianego dworca, którego rodowód sięga 1878 roku i ściśle wiąże się z koleją nadwiślańską. Obiekt ten jest przykładem połączenia starego z nowym. Część zabytkowa czyli poczekalnia i kasy biletowe zostały odrestaurowane i zachęcają do oczekiwania na przyjazd pociągu. Jest naprawdę przyjemnie przebywać wewnątrz  dworca, a i na zewnątrz prezentuje się okazale, co najlepiej można zobaczyć idąc na wprost szeroką aleją. Po przekroczeniu linii zabytkowej wchodzimy w świat nowoczesności, elektroniki, informatyki itd. Ale proszę nie bać się – to wszystko służy dobrze pasażerowi i nareszcie można zrozumieć co mówi głos z megafonu. Kolejny cel naszej wędrówki to pałac Bielińskich w Otwocku Wielkim. Ale najpierw pojeździliśmy uliczkami Otwocka by podziwiać stare , drewniane świdermajery i nowe wille. Niewiele można było zobaczyć gdyż bujna roślinność zasłania domy. Ale i tak warto było przejechać po uliczkach Otwocka i Śródborowa, by poczuć atmosferę tych miejsc.  Kolejna ciekawostka dotyczy naszego noblisty Władysława Reymonta, który w domu, przy ulicy obecnie swojego imienia, napisał  Lato jako część „Chłopów”. Z okien autokaru zobaczyliśmy też kamień poświęcony tragedii Żydów otwockich. Dotarliśmy do Otwocka Wielkiego i w dwóch grupach zaczęliśmy zwiedzać pałac. Rodzina Bielińskich wybudowała pałac w 1683 roku, w stylu barokowym, piemonckim. Z zewnątrz do złudzenia przypomina pałac Zamojskich w Kozłówce. Niestety, wewnątrz pałac nie prezentuje się najlepiej.  Jest po prawdzie odrestaurowany, co jest cenne , ale prezentowane, nieliczne wyposażenie to depozyty z innych muzeów. Oryginalne wyposażenie nie zachowało się z powodu dziejów , ale też przez potomka Bielińskich, utracjusza Pawła, który najpierw wyprzedał wyposażenie a potem i pałac . Nie mniej jednak wart obejrzenia jest westybul, w którym zachował się oryginalny wystrój z posągami greckich bogów. Robi on ogromne  wrażenie i pozwalać wyobrazić sobie przepych i bogactwo innych wnętrz z czasów świetności. W sali gościnnej znajduje się fortepian, na którym grał Ignacy Paderewski, a także tron elektorów saskich.  Wcześniej w pałacu tym gościli m.in. król August II Mocny, Jan III Sobieski i car Piotr I , a także Tadeusz Kościuszko. Wspaniała historia, ciekawe czasy i marnotrawca  Paweł od którego zaczęły się złe koleje pałacu. Obecnie pałac podlega pod Ministerstwo Kultury i jest w stanie organizacji. Nasyceni urokami pałacowymi chętnie udaliśmy się do kawiarni by napić się kawy, herbaty i zjeść szarlotkę.  A na niebie pojawiły się groźne pomruki burzy. Nie zwlekając pojechaliśmy szybko do Karczewa, by obejrzeć osiemnastowieczny kościół św. Wita , ufundowany przez , jakże by inaczej, Bielińskich. Jest to 3 nawowy kościół, w stylu baroku piemonckiego. Znajdują się w nim 3 obrazy Michała Andriollego: Chrystus w grobie { ujęcie z wewnątrz, co robi duże wrażenie}, św. Kazimierz i Matka Boska z Dzieciątkiem. Jest on również projektantem drzwi głównych. A potem to już tylko autokar i ulewa, która rozpoczęła się na dobre. Jak nie wierzyć w cuda? Kiedy dojechaliśmy do Międzylesia już było po burzy i deszczu. Ole! Niech żyje młodość i przygoda!

        Nie minęło wiele a brać uniwersytecka w liczbie 50 sztuk ruszyła na kolejną wyprawę , tym razem na ziemię księstwa łowickiego. Przewodnikiem był lubiany pan Jacek Delert, który jeszcze w trakcie przejazdu przez stolicę, nie szczędził nam informacji na temat mijanych budynków. Działo się to 25 sierpnia 2021 r.  Pierwszym punktem programu był zespół pałacowo-parkowy w Nieborowie, dawna własność magnacka Michała Hieronima i Heleny Radziwiłłów. Pałac wybudowano w  1694 r. na podwalinie drewnianego dworu Nieborowskich. Nowy, murowany pałac zbudowano w stylu baroku europejskiego i wyposażono w cenne meble,

tkaniny, obrazy przednich malarzy, porcelanę, rzeźby i inne akcesoria. Kolejne pokolenia dbały o rezydencję, wzbogacały ją ,przebudowywali ją według uznania i potrzeb.  Pałac był własnością rodu Radziwiłłów w latach 1774-1945. Znalazł się jednak jeden utracjusz o imieniu Zygmunt Radziwiłł, który co mógł to sprzedał w Paryżu , tym samym ogołocił pałac, a na końcu sprzedał też pałac, ale na szczęście, innym Radziwiłłom. Następni właściciele rezydencji starali się odzyskać cenne przedmioty z wyposażenia pałacu, co udało się tylko częściowo. Teraz możemy podziwiać piękną klatkę schodową wyłożoną kafelkami holenderskimi, niebieskimi i przejść korytarzem rzymskim do biblioteki, w której znajduję się 13 szaf z wartościowymi książkami oraz 2 niezwykle cenne globusy przedstawiające niebo i ziemię. Przechodzimy przez salony biały, żółty, zielony i czerwony. W tym ostatnim salonie wisi portret Anny Orzelskiej, nieślubnej córki króla saskiego Augusta II, kobiety nie tylko bardzo pięknej ale i nieprzeciętnej. Rezydencja zachwyca bogactwem wyposażenia począwszy od mebli, pieców, kominków, sztukaterii, żyrandoli, rzeźb i obrazów. Na koniec niespodzianka. W pałacu , na wystawie tymczasowej prezentowany jest obraz z 1928 r. Henryka Siemiradzkiego pt. „Chopin w salonie Antoniego Radziwiłła”. Przyjechał on do Nieborowa ze Stanów Zjednoczonych i jest własnością prywatną. Warto go było zobaczyć. 

Nieodłączną częścią pałacu jest Arkadia czyli kraina wiecznego raju leżąca nieopodal. Jest to park urządzony w stylu romantycznym i odzwierciedla ducha epoki. To tu przychodziły panie magnatki zażyć ciszy i spokoju, tu leczyły migreny i inne przypadłości, oddawały się rozmyślaniom i lekturze książek. Przez park przepływa rzeka Skierniewka, na której utworzono sztuczną wyspę. Wszystkie obiekty , a jest ich kilka , budowane były jako ruiny[KM2] . Myślę sobie, że te ruiny symbolizowały kruchość i przemijalność życia ludzkiego. Park jest rozległy, rosną w nim m.in. takie drzewa jak katalpa, robinia akacjowa, klony amerykańskie, sumak octowiec – są to gatunki obce i niekoniecznie dobrze robią naszej rodzimej przyrodzie. Ale cóż, wtedy nie wiedziano, że sprowadzanie gatunków roślin z innej strefy klimatycznej zaburza nasz ekosystem. Wszystkie obiekty w stanie ruiny jak np. domek gotycki, mieszkanie rycerza, domek margrabiego, przybytek arcykapłana, łuk grecki ,choć starano się bardzo by były naturalne, tchną sztucznością i manierą. Takie czasy, taka moda.

Na miejscu zbiórki, okazało się,  że autokar miał nas dosyć i postanowił zepsuć się. Musieliśmy czekać na drugi, który po godzinie pojawił się. Okazał się większym ale też miał bardzo wąskie wejście środkowe. Powodowało to konieczność wciągania brzuchów i wsiadający złorzeczyli projektantowi tegoż autobusu. Po zajęciu miejsc w nowym autokarze, studenci oddali się konsumpcji delicji domowych. Efektem było takie zwiększenie wagi i rozmiaru w taliach, że autobus nie zmieścił się na moście nad Bzurą. Była więc konieczność jechania tyłem do Sromowa, gdzie był nasz kolejny punkt programu. Żartuję, tyłem jechaliśmy tylko trochę, potem nasz kierowca pokazał co potrafi.  Wycofał pojazd tyłem na wąskiej drodze z obustronnym spadkiem i na małej łączce zawrócił składając się tylko raz [ kierowcy zrozumieją] . To był wyczyn mistrzowski. Gratulacje i wielkie dzięki. I tak szczęśliwie dotarliśmy do Sromowa, gdzie znajduje się Prywatne Muzeum Rodziny Brzozowskich, założone przez Juliana Brzozowskiego w 1972 roku. Okazało się, że jest to skarbnica ludowej sztuki i kultury materialnej z regionu łowickiego. Pierwszą figurkę Julian Brzozowski wyrzeźbił w 1952 roku i to ona dała początek nieprzebranej kolekcji. Tak, że teraz możemy oglądać w specjalnych pawilonach, sceny z życia wsi, łowickie wesele, procesję na Boże Ciało, Boże Narodzenie, wnętrze chałupy łowickiej. W kolejnym pawilonie przedstawione zostało życie na wsi w kolejnych porach roku. W tle pojawiają się postaci historyczne mające znaczenie i zasługi w naszych dziejach, co świadczy o patriotyzmie autorów. Zapomniałam napisać, że wszystkie figurki są ruchome, a konie tak ładnie przebierają przednimi nogami  co świadczy o wielkim talencie autora. Jakby tego było mało, w kolejnym pawilonie można obejrzeć kolekcję dawnych narzędzi rolniczych i używanych przez rzemieślników, a także akcesoria związane z końmi i innymi gospodarskimi zwierzętami. Kolejny pawilon to schronienie dawnych bryczek, sań, wolantów, wozów i zaprzęgów dworskich. To naprawdę wspaniała kolekcja.  Przy czym twórcy kolekcji okazują się być dowcipnymi i umieszczają zabawne tytuły pod eksponatami. I tak na wozie, w którym jadą młody mężczyzna i 2 kobiety – jedna starsza , druga młoda jest napis: Teściowa obiecała zapisać morgi u rejenta. A na strzałce informującej o toalecie napisano: ubikacja 20 m, biegiem – 10 m, do wychodka 5 prętów [1 pręt – 4,32m].Na  murowanym budynku  będący toaletą napisano: ubikacja, sławojka i wygódka [obiekt damsko-męski.] Nie ma to jak mieć wybór. Ale tak poważnie, to dzięki wspaniałym ludziom czyli całej rodzinie Brzostowskich,  zawdzięczamy możliwość zapoznania się z pięknem folkloru łowickiego, sztuki ludowej tego regionu. Niespożyta pasja twórcza autorów muzeum jest wzorem godnym jeśli nie naśladowania to do autentycznego podziwu.

         Zrobiło się nieco późnawo i brać studencka zaczęła marnieć w oczach. Szybko więc rozpalono ognisko i zaczęto biesiadować przy długich  stołach. Przygotowano kiełbaski i dodatki. Ale pojawiły się też delicje w postaci wybornego ciasta i nalewek dla zdrowotności. Jedna z pań poczęstowała mnie [nie tylko mnie] naparstkiem nalewki z płatków róży. To było niebo w gębie. Istny raj. Proszę o powtórkę i podanie nazwiska, abym mogła umieścić na kartach kroniki. Dla porządku informuje, że po raz pierwszy studenci korzystali przy posiłku z własnych widelców i noży a nie plastikowych. Akcja udała się i nie było żadnych kłopotów. Teraz już będzie tak zawsze – precz z plastikiem.

Ostatni punkt programu to sanktuarium w Miedniewicach, zwanych Częstochową Mazowsza.  Jest to zespół kościelno-klasztorny pod wezwaniem Matki Boskiej Świętorodzinnej Pani Mazowsza. Najpierw został wybudowany klasztor [1692-1702], a potem kościół [1736-1755] w stylu barokowym. Przebywali tu przedstawiciele różnych zakonów by ostatecznie w 1966 r. ojcowie franciszkanie osiedlili się tu na stałe. Od 1986 r. towarzyszą im siostry klaryski, które opiekują się obrazem cudami słynącym. Otóż, najważniejszym punktem jest ów obraz. Jest to drzeworyt o wymiarach 50 cm na 50 cm i przedstawia świętą rodzinę przy wieczerzy. Odbitkę tego drzeworytu kupił onegdaj prosty chłop i powiesił ją stodole. Niebawem okazało się, że od obrazka bije blask i unosi się jasna poświata. I zaczęły  dziać się różne rzeczy jak np. cudowne uzdrowienia. Obraz w złotych ramach umieszczony jest nad ołtarzem i przykryty jest innym obrazem przedstawiającym Matkę Boską Częstochowską. Nie jest więc widoczny przez cały czas. Chcąc go zobaczyć trzeba odsunąć przykrywający obraz. W trakcie ukazywania się obrazu rozległy się fanfary, a nastrój zrobił się wyraźnie pełen oczekiwania i napięcia.  Po chwili ukazał nam się obraz w całej okazałości, niestety , ze względu na swe wymiary, słabo widoczny. Nie umniejsza to w niczym jego świętości i znaczenia dla wiary katolickiej. Obraz został koronowany w 1764 r.  przez samego Ignacego Krasickiego, a król Stanisław August Poniatowski ufundował bogatą sukienkę dla Matki Boskiej. Ciekawy jest też wystrój kościoła, który określiłabym jako dość skromny, nieprzesadnie wystrojony. Nie mniej w oczy rzuca się ołtarz główny i sześć bocznych, które pomalowane są na kolor węgla. Postacie świętych , pierwotnie kolorowe, teraz, na znak żałoby po upadku powstania styczniowego , przemalowano na czarno. Robi to wrażenie i jest wyrazem patriotyzmu włodarzy kościoła. Zrobiło się późno, więc czym prędzej, po uprzednim zaopatrzeniu się w święte obrazki przez niektórych żaków, udaliśmy się w drogę powrotną. Byliśmy  już zmęczeni po całym dniu zażywania wycieczkowego odpoczynku, chętnie więc zasiedliśmy w autokarze i tylko autor wąskiego przejścia dostał od wsiadających parę polskich kwiatków. Czekamy na następną eskapadę. Tak dla porządku – 4 fala epidemii powoli rozkręca się. Większość naszych uczestników jest zaszczepiona, ale wiadomo nam, że są tacy, którzy uparcie nie chcą lub nie mogą się zaszczepić. Boimy się o Was, ale i o nas.

      Dnia 9, 16 i 25 września 2021 r. trzy 15 osobowe grupy naszych studentów zwiedziły Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Nie dane nam było zobaczyć najważniejszego czyli dworku, w którym mieszkał Piłsudski z rodziną z powodu remontu. Trzymając się zasady, że o polityce i religii nie dyskutujemy na naszej uczelni, powstrzymuję się od komentarza. Myślę, że każdy zwiedzający sam wyrobił sobie zdanie na temat samego muzeum jak i postaci, której jest ono dedykowane.


        Dnia 07 października 2021 r.  w Sali Wawerskiego Centrum Kultury odbyło się uroczyste rozpoczęcie nowego roku akademickiego. W inauguracji wzięły m.in. udział osobistości z władz naszej dzielnicy w osobie burmistrza Norberta Szczepańskiego, dyrektora Wawerskiego Centrum Kultury pani dyrektor Barbary Chodeckiej oraz posła na sejm pana Michała Szczerby. Po odśpiewaniu hymnu polskiego rozpoczęły się przemówienia , podziękowania i szczere słowa uznania dla wszystkich mających jakikolwiek wpływ na działalność naszego uniwersytetu. Głos zabierali zarówno gospodarze jak i goście. Przybyło wielu nowych członków chętnych do działania w murach naszej szkoły życia emeryckiego. Jest nas już nas ponad 300 osób.  Omówiono ramowo plan działania w nowym roku. Stwierdzono, że w razie kolejnego zamknięcia covidowego, uniwersytet jest przygotowany do pracy w trybie on-line. Tak na marginesie to 4 fala pandemii rozkręca się i na pewno utrudni nam działanie. Trzeba podkreślić, że nasz uniwersytet nie zawiesił działalności w szczycie pandemii jak zrobiły to inne uniwersytety w Warszawie i Polsce. Część oficjalną zakończyło odśpiewanie i odegranie hymnu Gaudeamus Igitur, co zawsze napawa mnie nutką wspomnieniową.

Najkrótsze ogłoszenie inauguracji przez p. Prezes WTUTW

Następnie został wygłoszony przez dr Anną Jakubowską-Drabik referat inauguracyjny pt. „ Twarzą w twarz”. Wykład ten sprowadził się do stwierdzenia, że najważniejsze w życiu każdego człowieka są relacje międzyludzkie , kontakty z innymi, wspólne działanie i przebywanie ze sobą, zwykłe gadanie o wszystkim i o niczym, plotkowanie o życiu. Samotność zabija, a na pewno skraca życie, czyni je mało wartościowym i smutnym. A integracja społeczna jest najsilniejszym czynnikiem długowieczności i szczęśliwego żywota. Po takim dictum brać studencka rzuciła się do zapisów na poszczególne zajęcia według własnych potrzeb i zainteresowań. Oby to nie był słomiany ogień. W końcu wszystko zależy od nas samych. Bym zapomniała, a to byłoby niewybaczalne – ukazała się „Sowa”nr 31.

         Pierwsze 2 tygodnie upłynęły na sprawach organizacyjnych i zapisywaniu się studentów na poszczególne zajęcia. Nie jest łatwo ogarnąć i opanować początkowy chaos, ale powoli wszystko zorganizuje się i w spokoju będziemy uczestniczyć w życiu uniwersytetu. Na razie w tym rozgardiaszu odbywają się wykłady. I tak 14 października 2021 r. dr hab. Katarzyna Kaczyńska zapoznała nas z chorobami neurologicznymi wieku senioralnego. Przedstawiła objawy chorób, sposób leczenia i co najważniejsze profilaktyka tychże. Wiadomo wszem i wobec, że najważniejsze jest zapobieganie. A jeśli już pojawi się choroba neurologiczna to oprócz leczenia proszkami ważna jest wszelka  aktywność człowieka.

        19 października 2021 r. miała miejsce wycieczka z przewodnikiem  po Wojskowych Powązkach. W spacerze po cmentarzu wzięło udział           studentów.  Pogoda dopisała i szacowny kondukt zwiedzających udał się w Aleję Zasłużonych. Wysłuchaliśmy historii cmentarza i uzbrojeni w wiedzę przeszliśmy przez wszystkie kwatery powstańcze począwszy od 1868 r. do 1944 r. Odwiedziliśmy też kwaterę „smoleńską” i najświeższe groby działaczy „Solidarności”. Czas nam nie pozwolił na dogłębniejsze zwiedzenie cmentarza. Trzeba by mieć do dyspozycji co najmniej 3 dni a nie parę godzin.
 

        21 października br. dr Hanna Krajewska poświęciła wykład  polskiej uczonej Marii Curie-Skłodowskiej. Laureatka nagrody Nobla jawi się nam jako badaczka, naukowiec, ale i człowiek, kobieta, matka, żona.  Wypełnienie idealnie wszystkich tych ról jest ponad ludzkie siły i musi się odbyć z jakimiś stratami. Jaką cenę trzeba zapłacić za wielki sukces i czy było warto każdy musi odpowiedzieć sobie sam.

         Październik okazuje się być miesiącem bogatym w wydarzenia na naszym uniwerku. Otóż  dnia 22 w piątek odbyło się  spotkanie integracyjne w lesie przy barze VIZAVI nad jeziorkiem. Mimo bardzo wietrznej pogody niestrudzone piechurki docierały na miejsce spotkania , przedzierając się przez leśne dukty i podpierając się kijkami. Pozostali mogli dotrzeć autobusem do pętli autobusowej a potem spokojnie dojść do celu. W spotkaniu wzięło udział  ok. 50    osób, wśród nich byli też tzw. ” Nowi”. Ci co byli wrócili bardzo zadowoleni z miło spędzonego czasu.

„Nowi” mieli okazję osobiście poznać naszą panią prezes Barbarę Bednarską i przekonać się, że nie jest taka straszna, jakby się mogło wydawać. To samo dotyczy wiceprezesów i pozostałych członków zarządu. Prawda, że to fajne kobitki i takie same duszyczki jak my. Integracja odbywała się przy wspólnym stole, na którym pojawiła się ogniskowa kiełbaska, wypieki domowe naszych ambitnych gospodyń domowych i coś na gardło. Pogoda dopisała i tylko gdzieś za ścianą z drzew dochodzą pomruki czwartej pandemii  wirusa covid-19.

         28 października 2021 r. miejsce pierwszy w tym toku akademickim wykład on line. Sala konferencyjna jest obecnie remontowana i jesteśmy zmuszeni przejść na system zdalny. Ma to swoje plusy i minusy . Trzeba zaznaczyć, że działacze naszej uczelni po raz pierwszy umożliwili słuchaczom nie radzącym sobie lub nie mogącym korzystać z przekazu on line, obejrzenie i wysłuchanie prelekcji na telebimie. Kto chciał mógł skorzystać. A wykład wygłosiła dr hab. Katarzyna Kaczyńska na temat „ Choroby układu oddechowego związane ze starzeniem się organizmu” . Niestety pora wykładu została przeniesiona z tradycyjnej 17-tej na 12tą /samo południe/ i z tego powodu wiele osób nie mogło usłyszeć  co ma do powiedzenia prelegentka. Jesteśmy w tygodniu przedświątecznym i myślimy raczej o cmentarzach, sprzątaniu i odwiedzaniu grobów, zwłaszcza, że pandemia może pokrzyżować nam plany.  Należę do tych osób, które nie wysłuchały  wykładu, proszę więc o jego powtórzenie w innym, dogodniejszym terminie.

Pandemia znowu się rozkręca – przybywa zachorowań i niepotrzebnych śmierci. Jak podają media, chorują głównie niezaszczepieni.

        04 listopada 2021 r. 30 osób wysłuchało {w trybie on line} wykładu ks. Dr Roberta Mrończuka, dyrektora Muzeum Diecezjalnego w Siedlcach, na temat „El Greco – życie i twórczość”. W muzeum tym znajduje się obraz pt. „ Ekstaza św. Franciszka”, ale będzie on omawiany na następnym wykładzie. Na razie zapoznaliśmy się z historią życia El Greco i jego syna Jorge  Manuela. Droga twórcza tego artysty wiodła od pisania ikon w stylu bizantyjskim, potem zafascynowało go malarstwo łacińskie. I wreszcie wykształcił swój indywidualny styl malarstwa, który oprócz wielu cech charakterystycznych, wyróżnia się wewnętrznych podświetleniem, jakby pod ubranie włożono zapaloną latarkę, co daje efekt bijącej jasności od środka. El Greco jest autorem ok.400 obrazów i kilku rzeźb. Z tej liczby ok. 140 obrazów przedstawia św. Franciszka, którego  kult był wówczas bardzo rozpowszechniony w Hiszpanii i Toledo, gdzie mieszkał artysta. El Greco malował głównie obrazy o tematyce religijnej, ale zdarzało mu się też namalować widoki miasta, pejzaże, portrety i tzw. sceny rodzajowe. Syn Jorge był zdolnym architektem i niezłym malarzem. Ale to on naraził się władzom Toledo, czego skutkiem było wyrzucenie grobu ojca z kościoła św. Tomasza w Toledo. Dziś nie wiemy gdzie jest pochowany ten wybitny artysta malarz. Nasuwa się analogia z Leonardo da Vinci. Chichot historii.

           18 listopada 2021 r. na wykład pt. „ Między Europą a Azją – dlaczego myślimy i zachowujemy się inaczej” zaprosiła nas dr Elżbieta Wnuk-Lisowska. Wykład odbył się w ramach pakietów edukacyjnych dla mazowieckich seniorów. Było nas 35 słuchaczy, którzy rozsiedli się w wygodnych fotelach przed ekranem komputerów. Zasadnicze pytanie brzmiało : wszyscy jesteśmy wyposażeni w takie same narzędzia poznawcze, umysłowe i fizyczne. A jednak różnimy się w pojmowaniu świata, inaczej widzimy rzeczywistość, cenimy inne wartości.  Zachodnią cywilizację pod względem myślowym ukształtował Arystoteles i inni mędrcy greccy, natomiast Wschód wielcy filozofowie: Konfucjusz i Laotsy. I tak Zachód ceni sobie wolność indywidualną, logikę w rozumowaniu i poczucie wyjątkowej wartości własnego „ja”. Wschód przyporządkowuje każdemu człowiekowi ściśle określone miejsce, zadania i pozycję. Liczy się tylko on jako członek jakieś grupy. Ważny jest kontekst, szerokie pole widzenia osoby czy zjawiska. Wolność indywidualna nie ma znaczenia. Zachód ceni sobie rzeczy jako byty samodzielne, zdefiniowane i statyczne, zaś Wschód widzi rzeczy w kontekście wzajemnych relacji i oddziaływania na siebie. Stąd dla nas najważniejsze są rzeczowniki a dla nich czasowniki. Mimo, że wykład wraz z filmem trwał ponad 2 godziny, temat nie został wyczerpany. Powiedziałabym, że bardzo interesujące zagadnienia, z braku czasu, zostały potraktowane powierzchownie. Dlatego pojawiła się propozycja kontynowania tematu w następnym wykładzie.

        Tymczasem pandemia rozkręca się i nie pozostawia złudzeń co do naszej przyszłości. Doszliśmy już do 25 tys. zakażeń dziennie i 500 zgonów. Władze naszej organizacji apelują o przestrzeganie reżimu sanitarnego i o zaszczepienie się . Niestety, są wśród nas antyszczepionkowcy i nie sposób ich przekonać do właściwego postepowania. Tymczasem słyszy się coraz częściej o zachorowaniach w naszej społeczności. Praktycznie nasza uczelnia przeszła już w większości na system pracy zdalnej.

       Wbrew temu co napisałam wcześniej 25 listopada br.  wykład Pani dr hab. Hanny Krajewskiej odbył się w realu. Wzięło w nim udział ok. 30 osób. Tematem prelekcji były , a jakże, pandemie w historii świata. Temat na czasie, takie oswajanie rzeczywistości. Przejdźmy jednak do wykładu. Otóż, historia pandemii i epidemii [ pojęcia te, w zasadzie oznaczają to samo, ale różnią się zasięgiem występowania] rozpoczęła się wraz z powstaniem miast, czyli większych skupisk ludzkich. Miasta stworzyły doskonałe warunki do rozmnażania się wszelkich zarazków. Zwłaszcza, że Europa była na bakier z higieną. W starożytności ludzie żyli bardziej higienicznie i dbali o czystość osobistą i wokół siebie. Niestety średniowiecze przyniosło kult cnoty nie mycia się. Świętymi zostawali osobnicy, którzy nigdy nie kąpali się i mogli się poszczycić dorodnym kołtunem, wrzodami na ciele i zapachem skunksa. Wszyscy unikali kąpieli, ba, zwykłego mycia się, a zębów nie leczono, najwyżej wyrywano, odzież prano rzadko. Przeto smród był niebywały i wszędobylski. Mieszkańcy Azji nie mogli się nadziwić Europejczykom, że żyją w takim brudzie i jeszcze uchodzi to za cnotę. Nic więc dziwnego, że pojawiły się zarazy czyli pandemie, roznoszone przez pchły, wszy i inne robactwo mieszkające licznie w domach i na ludzkich ciałach. Wykładowczyni zapoznała nas z historią występowania pandemii poszczególnych chorób: dżumy, cholery, tyfusu, ospy czarnej, syfilisu i grypy hiszpanki, a także z próbami zwalczania tychże. Stosowano więc dystans i izolację , od XIV wieku maseczki, dezynfekcja ogniem i octem.  A lekiem na wszelkie zło była rtęć – jak dziś wiemy, bardzo szkodliwa. Ciekawym zagadnieniem , były próby dojścia przez medyków i światłe umysły do wynalezienia szczepionek. Aby nie zanudzać czytelnika wspomnę tylko o Fryderyku Wielkim i carycy Katarzyny Wielkiej, którzy zaimponowali mi swym postępowym podejściem do prób zastosowania szczepionek przeciwko ospie. A szczepienie polegało wtedy na nacięciu 2 rowków na ramieniu i zaaplikowaniu w świeżą ranę utartych, świeżych strupów ospowych. Obie osobistości poddały się temu zabiegowi i okazało się, że to działa. Skutkiem było rozpropagowanie tej metody na dworze i w armii. Następny krok to wynalezienie szczepionek, takich jakie znamy dzisiaj. Od czasu ich wynalezienia ludzkość zaczęła radzić sobie z epidemiami. Nie oznacza to jednak całkowitego zwycięstwa. Z chwilą wynalezienia antybiotyków i poprawy ogólnego stanu higienicznego, pandemie bakteryjne przestały istnieć. Mamy jednak ciągle kłopot z zakażeniami wirusowymi. Wirus to takie coś co lubi mutować.  Wydaje się, że go mamy a on myk, i już się zmienił i dostosował do nowych warunków. Dlatego walka z nim jest bardzo trudna, ale nie beznadziejna. Dlatego, zwracam się do wszystkich słuchaczy,  a zwłaszcza do  antyszczepionkowców, szczepcie się, zachowujcie dystans, noście maseczki, myjcie często ręce, ograniczcie kontakty społeczne do minimum. Wtedy doczekamy końca pandemii, bo jak wykładowczyni powiedziała na zakończenie, zaraza zawsze kończyła się i odchodziła do historii.

Cdn.